Logo 1%

Logo OPP


Logo 1%
Dołącz do nas na Facebooku

 

Samodzielne spacerowanie z białą laską

Piotr F.:
Czy spacerujecie sami z białą laską i czy sprawia Wam to przyjemność? Jestem ciekaw Waszych spostrzeżeń w tym temacie. Żeby nie było, że tylko pytam, od razu powiem, jak jest u mnie. Samodzielne spacerowanie musi poprzedzić nauka trasy. Chodzenie ciągle w to samo miejsce to żadna frajda, chyba że ma się kilka takich tras. Ja na razie mam tylko jedną. Dla przespacerowania się byłem tam tylko raz. Sytuacja może się zmienić, gdy opracuję z kimś kilka innych. Liczę na ciekawą dyskusję.

Tylkoslowik:
Bardzo ciekawy temat, który akurat różni osoby całkowicie niewidome i osoby słabowidzące. Osoba słabowidząca, która spacerując, porusza się nawet z białą laską, jest w stanie zrelaksować się i odpocząć, niestety, odwrotnie niż osoba całkowicie niewidoma spacerująca samotnie. A wracając do moich spacerów, i to z psem przewodnikiem, stwierdzam, że nie jest to całkowity wypoczynek na luzie, bowiem zawsze muszę myśleć o trasie, hasłach podawanych psu itd. Znam tylko jedyne miejsce w Polsce, w którym mogę wziąć białą laskę i wyruszyć na spacer z prawdziwego zdarzenia. Mój piesek wówczas biega gdzie chce, a ja, idąc sama z białą laską, mogę się cieszyć jego radością, słuchać szumu drzew i śpiewu ptaków.

Kamil B.:
Nie zgodzę się z tobą. Ja, chodząc nawet z białą laską, bez żadnego przewodnika (jestem niewidomy), mogę się zrelaksować i sprawia mi przyjemność taki spacer. Mam jedną kilkukilometrową trasę i spokojnie sobie nią wędruje. Zazwyczaj myśląc o niebieskich migdałach.

Adrian:
Lubię sobie pójść w miejsce, którego nie znam, a jedynie mam jakiś obraz w głowie, jak powinno ono wyglądać. Często podczas takich spacerów prowadzi mnie po prostu droga, chodnik, a ja, niczym się nie przejmując, maszeruję sobie. Spacer z założenia ma pozwolić się zrelaksować i gdy tak idziesz, najlepiej jakąś cichą trasą, to jest naprawdę przyjemnie. Od czasu do czasu kontroluję się według GPS-a, ale sporadycznie. Dopiero gdy już mam wracać, sprawdzam, gdzie dotarłem, i albo pamiętam, jak szedłem, albo organizuję się przy pomocy GPS-a, no i wracam.

JG:
Najpierw określ, co uważasz za spacer. Bo w moim rozumieniu spaceru przy całkowitej ślepocie zabawa może się skończyć bardzo długim powrotem do domu. Jeśli idziesz sam z laską, to musisz cały czas analizować dane zewnętrzne. I to już nie jest spacer, a chodzenie. Spacer jest wtedy, kiedy służy relaksowi, mózg wypoczywa lub myśli o niebieskich migdałach, a ty sobie drepczesz gdziekolwiek i rozkoszujesz się – jeśli widzisz, to widokami, a jeśli nie widzisz, to panującą atmosferą. Myślom puszczasz wodze i biegną, jak chcą. Po prostu luzik. Jeśli idziesz i cały czas analizujesz trasę, to nie ma tu miejsca na relaks.
Z drugą osobą, przewodnikiem, możesz odbyć spacer w rozumieniu, jakie przedstawiłem powyżej. Pozostaje tylko dobranie osoby i ustalenie, że właśnie chcemy sobie pomyśleć o niebieskich migdałach, a jak się znudzi, pogadać. (...)

Adrian:
Nie zgodzę się. Ja mogę iść, nie analizując żadnej trasy, relaksować się, myśleć, o czym chcę, a i tak podświadomie wiem, jak wrócić, czy to intuicyjnie, bo zapamiętałem trasę, albo mniej podświadomie dzięki technologii.
Osoby widzące, jak idą na spacery, też zwracają uwagę na różne detale w trasie, analizują je: czy lepiej skręcić tu, czy tam, gdzie będzie bezpieczniej. Uważasz, że w tej sytuacji nie są na spacerze? My mamy o tyle lepiej, że nie jesteśmy w stanie wzrokowo zobaczyć potencjalnych zagrożeń i ich przeanalizować, więc przygoda i adrenalina są większe.

Fandango:
Nie wierzę. Nawet człowiek szczęśliwie dysponujący „sokolim okiem” zapamiętuje spacerową drogę do celu, żeby móc wrócić. A jeśli już wyspaceruje się na totalnym luziku, szuka zapamiętanych punktów orientacyjnych. Nam pozostaje dojść wyuczoną trasą do zaprzyjaźnionej ławki lub innego siedziska i tu kontemplować naturę. Ja się boję przede wszystkim przypadkowo spotkanych ludzi i natrętnych pomagierów.

Iland:
(Adrian), jesteś swego rodzaju geniuszem, dla którego adrenalina to hormon relaksu. Dla mnie adrenalina to trucizna i z relaksem nie ma nic wspólnego, dlatego spacer z laską to żadna przyjemność. Gdybym mieszkał gdzieś w lesie, wyglądałoby to całkiem inaczej, jednak w mieście można jedynie pomarzyć o relaksie. Można by oczywiście wyjechać np. do Puszczy Kampinoskiej, ale to już prawdziwa wyprawa – same dojazdy to w moim przypadku półtorej godziny w tę i z powrotem, więc motywacja spada. Poza tym nie potrafię samodzielnie wyznaczyć trasy na mapie, tak by poruszać się korzystając z pomocy np. SAM-a (SeeingAssistant Move – przyp. red.).

Krzysztof Ś.:
Po co analizować cały czas? W nieznanej okolicy owszem, ale np. na łąkach, gdzie łażę? Lasy z jednej strony, słońce świeci konkretnie z danej burty, jak chcę wracać, to tył do przodu i słoneczko, i wiatry w lesie nawigują pięknie z dokładnością do iluś tam metrów. Jak zboczę - a zboczenia są powszechne w świecie – to dotrę do rzeki i nią w prawo do drogi, teraz w prawo wzdłuż nasypu i do wejścia na drożynkę trafię, a dalej już pan Pikuś. Co ja snajper jestem, żeby bezbłędnie trafiać?
Jasne, że czasem jeżyny łydy drapną, że pokrzywa i inne ogniste dziewczyny, ale nie umarłem na razie. Raz tylko prawie wlazłem w gniazdo os ziemnych, ale one ostrzegają, krążąc dokoła ciebie, jak jesteś kilka metrów od nory, więc wtedy spokojnie się odwracasz i odchodzisz.
W mieście to co innego, ale co to za spacer, jak tramwaje piszczą, ciągle jakieś skrzyżowania i naród pędzący nie wiadomo po kiego licha.

Klucznik:
Ale w mieście bywają takie miejsca, które są oddalone od tramwajów i skrzyżowań, no i z jednej strony człowiek zrelaksować by się chciał, a z drugiej boi się, że zginie i do domu nie wróci, no i jeszcze usłyszy coś w stylu (tu sparafrazuję cytat znaleziony w sieci): „To źle, że pan sam chodzi”.

Sylwek P.:
A tak w ogóle to przydałby się zestaw punktów GPS dla parków. Może w ramach jakiegoś projektu ktoś coś takiego zrobi.

JG:
Ostatnio niewidząca koleżanka powiedziała mi, że lubi spacerować po plaży wzdłuż brzegu morza. I taki spacerek można sobie zrobić samemu, nie trzeba się uczyć żadnej trasy, bo drogę rysuje woda, ale trzeba zadbać o sposób powrotu, np. z pomocą GPS-a.

Dorota:
Ciekawa jestem, gdzie ona znalazła taką plażę do swobodnego spacerku wzdłuż brzegu? Może to było albo bardzo dawno, albo poza sezonem letnim? Nie wyobrażam sobie spaceru w taki sposób przy przeludnieniu naszych bałtyckich plaż. A jeśli nawet wczesnym rankiem np. można sobie pospacerować, to na spacerowicza czyhają różne pułapki w postaci wykopanych przez dzieciaki rowów, dziur i innych wykopów. Albo jakieś części falochronów, które trzeba przeskakiwać. Nie wspominając już o piasku, który wciska się do końcówki laski. Właśnie wróciłam z turnusu nad morzem i mam ten obraz na świeżo. Nawet nie było aż tylu plażowiczów co w zeszłym roku w Ustce, ale piaskowe fortyfikacje jak najbardziej sterczały na brzegu. A druga zagadka dla mnie to: w jaki sposób GPS wskaże wyjście z plaży. Osoba, z którą spacerowałam po brzegu morza, musiała dobrze się przyglądać, żeby znaleźć „nasze” wyjście z plaży. Mogę powiedzieć, że pojęcie spaceru, podczas którego spacerowicz powinien się zrelaksować, zwyczajnie nie istnieje, przynajmniej dla mnie. Wolę już użycie bieżni do tego celu. Wystawiam bieżnię na taras, włączam taśmę z odgłosami natury, puszczam wodzę fantazji i równiutko idę sobie i idę bez celu.

Iland:
Zazdroszczę ludziom, którym taka natura z puszki odpowiada. U mnie na szczęście sporo żywych ptaków za oknem, tylko balkon g...niany – nawet bieżnia by się nie zmieściła. Ptaki z puszki, spacer z puszki – taki nasz ślepaczy los.
Sam śmigam na orbitreku, ale przy okazji słucham książki i nawet sobie wmówiłem, że to lubię.

Tylkoslowik:
Będąc w czerwcu nad morzem, miałam okazję sama, i to bez laski, spacerować wzdłuż brzegu, ale w pobliżu miałam rodzinkę. A więc mój strach był zminimalizowany, no i oczywiście wcześnie rano nie było tam jeszcze dużo ludzi. Super maszerowało się po piachu, który co chwilę obmywany był zimnymi falami Bałtyku. Myślę, że nie należę do osób strachliwych, ale nie wybrałabym się sama na plażę, gdyż nie chciałabym wzbudzać sensacji, a przede wszystkim myśleć, czy dam radę odnaleźć wyjście z plaży i nie deptać plażowiczów.

Hanna P.:
Chodzenie z białą laską wymaga ode mnie sporej koncentracji. Na spacerze chcę się zrelaksować i odpocząć. Samodzielne spacery z białą laską nie sprawiają mi żadnej przyjemności, bo nadal muszę uważać i być skupiona. Zdecydowanie wolę spacerować z osobą widzącą. Do niedawna bardzo regularnie uprawiałam z koleżanką nordic walking. Chodziłyśmy w uprzęży dla niewidomych zaprojektowanej przez Pawła Piechowicza z Poznania. Od miesiąca koleżanka ma dużo mniej czasu, więc postaram się zwerbować kogoś innego. Lubię ruch i każdego dnia staram się gdzieś wyjść. Zdarzało się, że sama spacerowałam z laską, ale po znanych trasach i bez przyjemności, tylko żeby się poruszać.

Klucznik:
Samodzielne przejście między dwoma punktami, nawet po terenie, gdzie nie ma zbyt wielu stresogennych czynników, nie jest wystarczająco relaksujące. Mam jedną trasę, która daje mi namiastkę relaksu, a przynajmniej pozwala na zrobienie dłuższej drogi. Jest to spacer, ale nie relaksujący, jedynie zaspokajający sumienie, że się próbowało.

Iland:
W laskach się spacerowało bez laski i w zasadzie bez stresu, ale jak człowiek jest młody... Jeden taki to nawet biegał – do czasu, kiedy nie przydzwonił łbem w bramę, co skończyło się (chwilową, na szczęście) utratą przytomności i pamięci.

Sylwek P.:
A ja osobiście znam takie osoby, które spacerują samodzielnie z białą laską i GPS-em, i to nawet po lesie. Osoby te są nawet tu na tej liście. Oczywiście są całkowicie niewidome.

Iland:
Ciekaw jestem, z jaką prędkością, bo oczywiście dreptać z GPS-em można, ale ja np. lubię chodzić dość szybko, więc tak sobie myślę, że wcześniej czy później nabiłbym sobie guza – wszak drzewa w lesie rosną, jak im wygodnie, a żadne służby tego nie korygują. Tym niemniej GPS daje niewidomym możliwość samodzielnego, w miarę komfortowego poruszania się, a przynajmniej gwarancję powrotu do punktu, w którym dana osoba chce się znaleźć. Rozumiem, że dokładność GPS-a nie jest jakoś zakłócana przez drzewa.

Luci:
Jeśli spaceruję pierwszy raz jakąś trasą, to faktycznie jest to stresujące, ale już kolejne przemierzenie danej trasy nie sprawia mi problemów. Moim ulubionym miejscem do spacerów jest ścieżka rowerowa z Ustronia Morskiego do Kołobrzegu. Owszem w sezonie to wiadomo, jak tam jest, ale gdy wyjdziemy z Ustronia w okolicach Bagicza, jest bardzo spokojnie i naprawdę można z lachą iść do samego Kołobrzegu, oddychając głęboko, nie natykając się na żadne większe przeszkody; trzeba iść stroną dla pieszych i uważać na rowerki, i na jedno miejsce przy bagnach solnych, bo wchodzi się na piach (...) Chodzę z nawigatorem. Tak się do niego przyzwyczaiłam, że bez niego jak bez ręki.
 W innych miejscach jest różnie. Mnie trasy nie stresują, tylko przeszkody, które są na niej, np. rowery jeżdżące po chodnikach, samochody, reklamy i nieuważni przechodnie, którzy włażą pod laskę i mają pretensje, że ja nie uważam. Ale pomijając to, spacery dają mi wiele radości. Wolę jednak spacery po twardym podłożu, nie po wydeptanych ścieżkach, nie mam z tym zbyt wielu doświadczeń. Nie widzę całkowicie od kilku lat, ale spacery odbieram innymi zmysłami i to też jest OK. Spacerujemy z moim mężem, który też nic nie widzi. Ktoś powie: szaleństwo – dwóch ślepaczków spaceruje? Niejedna laska co prawda poległa pod kołami samochodu, ale my żyjemy i samodzielnie wypoczywamy.

Krzysztof Ś.:
Po polach spaceruję z laską, która czasem pomaga przy wydostawaniu się z dziur po rowach melioracyjnych, w lasach pomaga omijać drzewa, bo psiak mój nie przewodnik i choć jest genialny i kochany, to czasem on przejdzie między krzaczorami, a ja muszę nieco kombinować. Na ulicach laska to przede wszystkim sygnalizacja dla kierowców, bo znam drogi na tyle, że pies wystarczy, choć to kundlisko ze schroniska.
Mnie ten składak grafitowy nie przeszkadza w tzw. przyjemnościach. Łażę często i bez pomocy tegoż przyrządu i jest tak samo, ale łażę tak po tylko dobrze znanym terenie. Jeden używa kul, bo musi, inny ma kółka pod siedziskiem swoim, bo też musi, a ja widzę figę bez maku i muszę mieć laskę dla swojego i innych dobra. Myślę, że jak się zawsze tego używało, to problemu nie ma, gorzej, gdy ktoś się wstydzi czy takie tam, bo trudno cieszyć się szelestem liści, jak się myśli wiecznie, czy wiewiórka się z nas nie chichra.

Grzegorz Z.:
To, że spacer w wykonaniu niewidomych to nie spacer, można rozwinąć na inne dziedziny życia: na ten przykład jedzenie w wykonaniu niewidomych to nie to samo jedzenie co w wykonaniu widzących, bo można najpierw oczy nacieszyć prezencją potrawy, a dopiero później się w nią wgryźć, bez stresu, czy przypadkiem sos nie kapnie na w miarę nowo założone ciuchy. Ale czy to wystarczy za argument, żeby się nie pożywiać albo jeść byle co? Czy więc niewidomi spacerują, czy co najwyżej chodzą, jedzą czy tylko gryzą, czytają książki czy ich tylko słuchają, że o oglądaniu filmów nie wspomnę?
Pomysł, że miałbym którymś swoim zabieganym widzącym znajomym zawracać głowę moimi spacerami, a najpierw czekać, zanim mnie na ten spacer wyprowadzą jak nie przymierzając jakiegoś alzackiego owczarka czy innego pekińczyka, średnio do mnie przemawia. Zresztą zakładam, że skoro kolega zadał pytanie na liście, to takich możliwości z powodów różnych nie ma.
Czy mózg może, czy nie może odpoczywać na spacerze, to jest dobra akademicka kwestia – do myślenia o niebieskich migdałach świetnie się nadaje wygodny kawałek fotela w domu, ale ile można w fotelu siedzieć. Mnie z kolei w byciu prowadzonym przez kogoś irytuje taki fakt, że się wszystko sprowadza do przekładania jednej nogi przed drugą (...) nudą wieje i tyle. Oczywiście remedium na to jest konwersacja; z koleżankami w akademiku się trochę tych kilometrów wydeptało, ale mieliśmy wtedy wszyscy dużo czasu, blisko do siebie, więc na spontanie się gdzieś tam czasem polazło, ale i bez wpadania w schematy regularności porównywalne z wyprowadzaniem psa i wyświadczaniem komuś przysługi.
Odnośnie do plaży, to rzeczywiście jest to fajny temat, zgadzam się, że poza sezonem i na pewno z GPS-em. Ktoś pytał, jak można znaleźć wyjście z plaży przy pomocy GPS-a, skoro nawet widzący mają problem z jego namierzeniem. Sprawa jest prosta: wbijamy w bazę punkt wejścia na plażę i od tej pory idziemy, gdzie chcemy. W momencie decyzji o powrocie mamy precyzyjny namiar w linii prostej do tego punktu. Jeśli jest kilka kilometrów, to nie ma rozmowy, kiedy odległość spada do 100 metrów, można ją zacząć częściej odczytywać. Przy około 50 metrach (rzecz jasna, zależnie od plaży i podawanego kierunku, ale generalnie wiadomo, że jak się kierunek zmienia ze wschodu w stronę południa, to jest to dobry moment) intensywnie odbijamy od wody w stronę lądu. No i docieramy do drugiego skraju plaży, a GPS anonsuje, że wejście jest np. 30 m na zachód, więc wiadomo, że przestrzeliliśmy i trochę w stronę tego zachodu trzeba się przemieścić. Uwzględniając niedokładności 20 m dla GPS-a, możemy już być całkiem niedaleko wejścia, więc przechodząc, trzeba kijem skanować wydmy, czy się przypadkiem droga nie otwiera. No i rzeczywiście się otwiera, wcześniej czy później. Cała operacja to jest sprawa minuty czy dwóch.
A wspomniany widzący bez GPS-a musi, spacerując plażą, mieć uwagę skoncentrowaną na problemie przynajmniej przez kilkaset metrów, żeby wejścia nie przegapić, a jak przegapi, to też długo może nie odkryć, że trza wracać.
Plaża plaży nierówna – fajnie się łazi po plaży w Sobieszewie, gdzie mamy do dyspozycji 3 km na zachód w stronę grobli, a około 7 km na wschód i stamtąd w stronę Świbna; dalej też jest wygodna droga przy samej Wiśle. To jest Zatoka Gdańska, plaża jest dość równa i właściwie nie można na nią narzekać. (...)
Mając GPS i zapisany punkt startowy, można sobie pospacerować na dość podobnej zasadzie jak po plaży – zakładamy, że idziemy dwie godziny w dowolnym kierunku, nie koncentrując się wcale na drodze, a następnie namierzamy punkt startowy i do niego możliwie najkrótszą drogą wracamy za pomocą porównywania info o własnym aktualnym kierunku i kierunku do tego punktu.
Jest parę zasad zdrowego rozsądku, których trzeba przestrzegać, czyli np. używać kija, bo zawsze się może trafić jakaś głębsza koleina, szlaban albo przewrócone drzewo, no i raczej unikać bardzo wąskich ścieżek, które mają tę dziwną właściwość, że się wydaje, że idziemy ścieżką, a za parę minut się okazuje, że ani ścieżki, ani pomysłu, jak na nią wrócić, chociaż generalnie wiadomo, że jest tuż tuż, i nawet z grubsza wiadomo, w jakim kierunku. (...) Ale jeśli droga jest względnie szeroka i się jej trzymać, to takiego niebezpieczeństwa nie ma.
Druga możliwość to wyznaczyć sobie z bazy jakiś punkt, np. pomnik ułanów jazłowieckich w Kampinosie, no i się na niego kierować – też jest to ciekawe, chociaż w takiej sytuacji trzeba mieć GPS cały czas włączony i robić z niego użytek.
No i trzecia, może najciekawsza opcja to wyznaczyć sobie w GrMapie trasę do przejścia, wstawić na jej przebiegu zakładki (im gęściej, tym lepiej, najlepiej co 100 m albo częściej), wyeksportować tę trasę do telefonu i się jej trzymać. Parę takich tras przygotowałem i w ramach „szaleństwa dwóch ślepaczków”, jak to koleżanka napisała, z żoną żeśmy je przeszli. Może najciekawsze były trasy szlakami turystycznymi ze Szklarskiej Poręby na Szrenicę albo na Wysoki Kamień, chociaż góry, nawet takie niewielkie, wymagają bardzo dużej uwagi, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, że jest wąska ścieżka, a pół metra dalej wysoka skarpa – brak jednego machnięcia kijem może być kosztowny.
Wracając do Kampinosu, właśnie parę tygodni temu przygotowałem fajną, wydawałoby się, trasę w GrMapie przez Kampinos, same drogi gruntowe, żadne tam ścieżki, więc miało być 14 km bezstresowego spaceru. No i nawet tak było, ale w paru miejscach mapa okazała się nie zgadzać z rzeczywistością i zamiast szerokich dróg były ścieżki i nibyścieżki łatwe do zgubienia, więc się trzeba było trochę przedzierać albo szukać rzeczywistej drogi zejścia z wydmy, przez którą wypadło iść. Tu miałem okazję przetestować w rzeczywistych warunkach kompas od Jasia Szustera, o którym kiedyś pisałem, no i się sprawdził jako fajne uzupełnienie do Loadstone, bo kierunek do interesującej następnej zakładki na trasie można było wyznaczać w konkretnym punkcie, w którym byliśmy, co ułatwiało jej namierzenie. W końcu trudności jednak zostały za nami i przy wspomnianym pomniku ułanów stało się jasne, że dalsza droga się odbędzie bez przeszkód. W euforii myślenia o porządnym obiedzie w Biesisku i porządnej porcji zimnego napoju zapomniałem o elementarnych zasadach i na szlabanie kij trzasnął jak zapałka. Znów więc dalsze opóźnienia, bo ułamany kawałek trzeba było wyrzucić, a resztę poskładać w całość, ale w sumie warto było.
Nie jestem entuzjastą turystyki w grupach niewidomych, gdzie człowieka odbierają ze znanego miejsca, gdzieś tam wiozą, karmią i prowadzają, a na końcu się wraca do domu, chociaż rozumiem, że sporej grupie ludzi to pasuje – no i bardzo fajnie, że jest jakiś wybór. Nie próbuję też zgłębiać, czy spacer niewidomych to spacer, czy tylko chodzenie i tak dalej, bo nasze doświadczenia pokazują, że Jola ma bezstresowy spacer, a ja odskocznię dla mózgu i obojgu się to jakoś przydaje, a w drugą stronę – jak się spotyka w Kampinosie biednych zagubionych ludzi, którzy się próbują rozczytać w chyba trochę zatartych znakach albo mapkach, to mam wrażenie, że to, o czym pisała Ala – o bezstresowym chodzeniu po lesie osób widzących – jest pewnym uproszczeniem, a chyba po prostu wynikało z jej dobrej umiejętności łatwego orientowania się w terenie, którą nie każdy ma nawet przy sokolim wzroku.
Nie próbuję też nikogo namawiać na rzucanie się od razu na kilkunastokilometrowe leśne trasy z Loadstonem, chcę tylko zwrócić uwagę, że wszystko ma swoje uroki i co do zasady warto mierzyć siły na zamiary, wyznaczać sobie jakieś cele w granicach możliwości i te granice powoli przesuwać. Niecałe 20 lat temu dużym wyczynem dla mnie było przejście z kijem do skrzynki pocztowej, którą miałem pewnie jakieś 200 m od domu, i to wzdłuż prostej ulicy. No i cóż, rzecz może dzisiaj dość zabawna, ale trzeba było ten etap odhaczyć, żeby przejść do następnego.
A jeszcze na koniec, skoro się już rozpisałem, chyba nie bardzo ma sens porównywanie się z widzącymi, bo z jednej strony, można się zdołować, jak my bardzo mamy pod górkę, ale z drugiej, urasta to do rangi mitologii, która się mija z rzeczywistością, bo gdyby to było takie proste, to grupki meneli nigdzie nie koczowałyby pod monopolami. Jeżeli robić jakieś porównania, to ewentualnie siebie z dzisiaj do siebie sprzed roku: parę rzeczy się udało, do paru innych trzeba się będzie zabrać od innej strony, coś ciekawego wpadło do przeczytania, jakieś parę miejscówek się udało odwiedzić, czyli coś się zadziało.
Odpowiadając na pytanie Ilanda o prędkość – wszystko, jak wspomniałem, zależy od trasy. Jeżeli masz szeroką, piaszczystą drogę, to na środku niej drzewa nie rosną – chociaż spotkałem takie jedno drzewo tuż przy samej wiacie turystycznej w Kampinosie, no i spotkanie było tyleż nieoczekiwane, co bolesne, ale krew nie woda, łeb nie szklanka, jak mówią. Jeżeli ścieżka robi się węższa, to szansa spotkania z drzewem rośnie, więc i prędkość trzeba ograniczyć. A jak się wlezie w bezdroże, no to już prędkość do zera spada praktycznie, co zrozumiałe. Z drugiej strony, łupnięcie w drzewo jest mimo wszystko mniej dramatyczne w skutkach niż przywalenie łbem w słup betonowy albo przystankową tabliczkę, które rzeczywiście są stawiane według fantazji twórców na środku chodników i wbrew logice.

Magdalena:
Tak się zastanawiam: porównujemy się do widzących, tj. czy spacer może nam dać podobną przyjemność co im, ale... zapytajcie widzących znajomych, szczególnie takich, którzy nie mają dziecka ani psa, kiedy ostatnio byli na samotnym spacerze? Stawiam zakład, że mało kto na takim był w ciągu, powiedzmy, ostatniego roku. Ludzie biegają, chodzą z kijkami, po górach itd., itp. ale mało kto faktycznie spaceruje. Jeśli już, to raczej np. idąc pieszo do sklepu, pracy czy gdzieś tam, zamiast jechać samochodem albo innym środkiem transportu. Jeśli ludzie już spacerują, to raczej właśnie z kimś, oczywiście najczęściej płci przeciwnej, ale niekoniecznie. Moje dzieciate koleżanki też często się umawiają na spacery z innymi mamami, bo mówią, że samym z dzieckiem to im jakoś tak średnio. I ja chyba podzielam ten pogląd.
Nie poszłabym sama na spacer do lasu, bo czułabym stres, że się zgubię, nie wiedziałabym, kogo tam spotkam itd., itp. Na samotny spacer plażą poza sezonem też raczej nie. Spaceruję prawie codziennie, ale z synem na plecach, czasem za rączkę i w tej sytuacji łażenie po nieznanych miejscach jest dla mnie jeszcze bardziej stresujące. Nawet w tych znanych jest to większy stres, bo jak ja sobie łeb rozbiję, no to trudno, ale gdyby coś się stało synkowi... Jestem oczywiście w stanie iść z nim sama, ale bez relaksu, który odczuwam, idąc z kimś. Zauważyłam, że to może być nawet ktoś niewidomy. We dwoje, jak się ludzie zgubią, to można się pośmiać, wesprzeć, jedno coś wymyśli, drugie wymyśli i jakoś to pójdzie.

Jan S.:
Od kilku lat praktycznie nie posługuję się wzrokiem, a jedynie dobrą pamięcią, wyobraźnią, doświadczeniem i technologią. To wystarczy, aby czerpać przyjemność nie tylko ze spacerów, ale i z prawdziwych wycieczek, w tym również samotnych, cały rok, również zimą po górach. O wędrowaniu z innymi osobami nie piszę, gdyż nie jest to przedmiotem tego wątku. Czemu czerpię z tego przyjemność?
1. Śledzenie ścieżki/drogi przy pomocy białej laski lub kijków (z którymi chodzę po górach – laska jest nieprzydatna) nie angażuje mojej uwagi; jest to absolutnie odruchowe. Mogę zatem słuchać śpiewu ptaków, szmeru strumieni itp. Nawiasem mówiąc, owe szmery to znakomite punkty orientacyjne...
2. Mam zawsze dobre buty i odpowiednią odzież.
3. Jestem dobrze przygotowany: korzystam z bazy własnych punktów, które można z łatwością uzupełnić o te pobrane z GRMapy. Aplikacja w telefonie (lub kilka aplikacji) i kompas – to wystarczy.
4. Mam zawsze duży zapas energii w powerbanku, abym czuł się pewnie, i roaming, abym chodząc w strefie przygranicznej mógł zadzwonić w razie potrzeby.
5. Nie boję się pytań osób, które spotykam na trasie; nie jest mi wstyd, że nie widzę.
6. Nie szarżuję i zawsze mówię, dokąd się wybieram i o której planuję dojść do celu. Mam dużo pokory i pamiętam o bliskich, którzy na mnie czekają. Nie wybieram się w teren, którego nie będę mógł opanować, który jest niejasny lub niebezpieczny, dla którego nie mam dość danych, aby nakarmić nimi moje technologiczne pomoce.
Mógłbym jeszcze trochę o tym napisać, ale to nie jest dobre miejsce... Takie łażenie jest możliwe – jak Sylwek wspomniał, nie jestem jedyną osobą, która przemierza przestrzenie po omacku i czerpie z tego masę radości i satysfakcji. W zwykłe dni, wybieram jeden z wielu wariantów drogi do sklepu, aby czerpać przyjemność ze spaceru. Gdy mam czas, wybieram przyjemniejszą, ale dłuższą znacznie drogę z domu do stacji kolejowej. Gdy muszę jechać do miasta w różnych sprawach i nie spieszę się zanadto, wybieram spacer zamiast komunikacji publicznej. Nie denerwuję się, gdy zabłądzę – to przecież normalne i warto się do tego przyzwyczaić.
Telefon wyliczył mi, że w ciągu roku przemierzam pieszo średnio 8,5 km każdego dnia.
Jesteśmy różni i różnie podchodzimy do sprawy. Jak wyczytałem w tym wątku, niektórzy z nas uznają, że spacer po omacku to coś nierealnego, a przyjemność spacerowania jest nieosiągalna.

Fundacja KLUCZ, 02-493 Warszawa, ul. Krańcowa 23/27
e-mail:
Pełne dane kontaktowe