Logo 1%

Logo OPP


Logo 1%
Dołącz do nas na Facebooku

 

Z laską przez tysiąclecia (cz. 23)

Niewidomi literaci

Skryba

Do tradycji bardów nawiązują również dawni i obecni niewidomi poeci. Było i jest wielu niewidomych literatów, chyba równie dużo jak niewidomych muzyków. O muzykach pisałem w 22. artykule cyklu "Z laską przez tysiąclecia". Teraz przyszedł czas na literatów, na prozaików i poetów.
 W "Pochodni" z grudnia 2003 r., (rubryka "Listy do redakcji") o Stanisławie Leonie Machowiaku w liście "Barwy ciemności" pisze znany poeta i satyryk Lech Konopiński. Jest to wstęp do przygotowywanego do druku nowego tomiku wierszy S. Machowiaka. Przytaczam w całości tę wypowiedź, gdyż dotyczy ona niewidomego poety, a napisana została przez poetę widzącego. Czytamy:
 "Legenda głosi, że stojący u kolebki literatury europejskiej autor "Iliady" i "Odysei" Homer był ślepy. Historycy i badacze literatury od dawna próbowali podważyć tę opinię. Czyż najważniejszy poeta starożytności mógłby tworzyć swe arcydzieła, nie widząc świata bożego?! Przecież już Arystoteles uważał, że właśnie Homer jest typowym przykładem twórcy, umiejącego najlepiej odtwarzać blaski i cienie człowieczego losu! To on potrafi najdoskonalej odkrywać i opisywać wszystko co podstawowe, prawdziwe i najważniejsze wokół nas. Czyż niewidomy mógłby być przewodnikiem po świecie bogów, ludzi i herosów, po ścieżkach rzeczywistości tak często niepojętej i niezrozumiałej nawet dla ludzi, dostrzegających bez trudu całą gamę barw ziemskich dni i nocy?!
Pytania możemy mnożyć, przykłady przytaczać, ale odnalezienie klucza do świata ociemniałych poetów nie jest łatwe".
Późny wnuk Homera - Stanisław Leon Machowiak - od kilkudziesięciu już lat fascynuje czytelników swymi wierszami - pogodnymi, jasnymi i szczerymi jak podanie ręki. Mówi o sprawach zwykłych i codziennych, a przecież tak bliskich każdemu człowiekowi. Nie tworzy eposów jak jego wielki protoplasta, ale sam wielokrotnie mogłem zaobserwować, z jaką wdzięcznością przyjmowane są perełki poezji, rozsiewane przez Staszka w różnych środowiskach. Jego wiersze, dobywane słowem-światłem z ciemności, skrzą się wszystkimi barwami codzienności. Kochają go dzieci, które prowadzi za rękę po mieście ratuszowych koziołków, Poznaniu. Cenią Machowiaka dorośli za piękne i mądre wiersze o rodzinie, o sprawach najbliższych i ostatecznych, a także za stawianie mostów między światem widzących i niewidomych.
Grecki filozof, Diogenes z Synopy, wsławił się tym, że w biały dzień chodził z zapaloną latarnią i wszystkich zaintrygowanych tym ludzi przekonywał, że szuka Człowieka. Stanisław Machowiak, dzięki wewnętrznemu światłu, Człowieka odnalazł w sobie i potrafi się z nami swoim widzeniem świata podzielić. Jest w nim tyle ciepła, radości życia i pogodnego uśmiechu, że wystarczy dla wszystkich!
Diogenes zasłynął ongiś z odpowiedzi udzielonej słynnemu Aleksandrowi Wielkiemu. Na pytanie, czego by sobie życzył, prosił jedynie, żeby odsłonić słońce. Staszkowi Machowiakowi nikt słońca już nie odsłoni, za to on - swoim światłem i przyjaznym, serdecznym stosunkiem do świata i ludzi potrafi czarem poezji odsłonić nam niedostrzegalne barwy jakże szarej często rzeczywistości.
Walory wierszy Machowiaka potrafili docenić tłumacze jego utworów. Czytajmy i zachwycajmy się utworami Poety, który potrafi nam pokazać wspaniały koloryt ludzkiego bytowania. Zobaczmy, jak pięknie rozkwitają te wiersze w blasku cudzoziemskich słów!
Podobno aż siedem miast-państw greckich toczyło spór o to, które z nich jest naprawdę ojczyzną Homera. Nikt nie będzie prowadził takich sporów o Stanisława Machowiaka. On sam swoją twórczością zaświadcza, że jego ojczyzną jest Wielkopolska, a w niej "niepodła całkiem" wieś - Lubonia. Tutaj Staszek ujrzał światło dzienne i tutaj je w latach wojny na zawsze utracił. A mała Lubonia, która jest dumna, że w 1831 roku gościła Adama Mickiewicza, może się też poszczycić tym, że dała Wielkopolsce zakochanego w Poznaniu i w Ziemi Nadodrzańskiej poetę, Stanisława Machowiaka. To on - za miłość okazywaną bliźnim, a szczególnie tym najmłodszym, odznaczony został przez nich Orderem Uśmiechu. To najwspanialsze wyróżnienie, jakie może spotkać poetę, który - sam żyjąc w ciemności - potrafi nam pokazać barwy świata.
Lech Konopiński
W ten sposób Lech Konopiński przerzucił most z pięknych kwiatów i słów od starożytności do współczesności, od Grecji do Polski.
O Homerze pisze Max Schofler w książce pt. "Niewidomy w życiu narodu". Czytamy:
 "Badaczom dzieł Homera, nie udało się dotychczas stworzyć historycznie jasnego obrazu o tym wielkim poecie. Co do miejsca i czasu jego urodzenia istnieją sprzeczne zdania. Podobno żył on w IX wieku p.n.e. i według różnych źródeł miał się urodzić w Smyrnie, w Rodos, w Kolofon, w Salaminie, w Hios, w Angos lub w Atenach. Według Heraklesa Pontiusa miał on stracić wzrok w czasie podróży morskiej do Kefalonii i Itaki. Pomimo zasłony, która okrywa tę postać, cały antyczny świat był co do tego zgodny, że żył, stracił wzrok oraz działał jako niewidomy pieśniarz. Jeśli tak jest i jeśli Homer stworzył swoje poezje już po utracie wzroku, było by równoznaczne z tym, że Iliadę i Odyseję, jak również inne eposy, mamy do zawdzięczenia niewidomemu poecie. Wielki ten mistrz podniósł po wieczne czasy, okrutny los ślepca do rangi szlachectwa. Nie ulega wątpliwości, że ta różnorodność twarzy ludzkich, jakie przedstawia poeta, posiadała oczy widzące, z czego można wnioskować, że Homer nie urodził się jako ślepy. A żeby użyć słów Schillera, Homer należał do "piewców przeszłości, którzy zachwycali słuchające ich ludy, śpiewali oni z nieba bogu, ludziom zaś o niebie. On, pozbawiony światła, unosił się równy słońcu poetów nad tysiącleciami. Słońce to świeciło również i nam".
Trzymając się kwietnego mostu, mamy jego początek tkwiący głęboko w starożytności. Końcem most ten sięga do XXI wieku, do Poznania.
Nie oceniam wartości poezji. Nie mam ku temu kwalifikacji, ale z przyjemnością cytuję opinię Lecha Konopińskiego.
Z przyjemnością też przytaczam słowa Stanisława Leona Machowiaka, z którym rozmowę opublikowała "Wiedza i Myśl" w czerwcu 2011 r. Przytoczę obszerne fragmenty tej rozmowy. Umożliwi to Czytelnikom poznanie drogi do poezji i sukcesu niewidomego poety.
 
 "S.K. - Dziękuję. Zanim jednak przystąpimy do śledzenia Pańskich losów, dobrze będzie, jeżeli zechce Pan przedstawić pokrótce swój dorobek literacki. Wówczas łatwiej będzie nam rozmawiać.
 
S.M. - Myślę, że lepiej będzie, jeżeli najpierw omówię pokrótce swoją drogę do poezji, a następnie wymienię tytuły moich tomików poezji.
 
S.K. - Proszę bardzo. Zacznijmy zatem od początku.
 
S.M. - Jako poeta zadebiutowałem jeszcze przed maturą w piśmie "Weteran". Wtedy ukazały się po raz pierwszy moje wiersze drukiem, ale pisałem je już dużo wcześniej. Wystąpiłem z recytacją własnej poezji na ogólnopolskim zlocie inwalidów w Sierakowie. Wówczas moimi wierszami zainteresował się redaktor naczelny "Weterana", niestety, nie pamiętam jego nazwiska, bo był to rok 1963. Był to początek mojej poetyckiej drogi.
W roku 1965 odważyłem się złożyć maszynopis swoich wierszy w Wydawnictwie Poznańskim. Nie zyskały one jednak uznania wydawcy, ale były to też czasy, że nie każde nazwisko mogło się pojawić na łamach wydawniczych. Przez dziesięć lat starałem się o wydanie mojej poezji w tej oficynie, lecz bez skutku. Nie załamałem się, przeciwnie, zezłościła mnie ta sytuacja. Złożyłem więc ten sam maszynopis w stołecznej Ludowej Spółdzielni Wydawniczej. Uzyskałem obietnicę, że tomik się ukaże, ale po trzech latach zwrócili mi go bez jakiegokolwiek wyjaśnienia.
 
S.K. - To rzeczywiście można było się załamać i zrezygnować z pisania wierszy. Pan jednak wytrwale dążył do celu. O tym, że było to skuteczne dążenie, świadczą późniejsze Pańskie osiągnięcia. Jak doszło do przełomu w tych staraniach?
 
S.M. - Osoba niepełnosprawna, jeżeli ma ambicje artystyczne, musi być bardzo wytrwała, uparta i konsekwentna w dążeniu do celu. Ja musiałem wyrzucić z siebie temat ślepoty, co robiłem usilnie w tekstach pierwszego i drugiego tomiku. Myślałem, że uda się ten temat zamknąć, ale niestety, powraca on bardzo często w moich wierszach.
 
S.K. - To zrozumiałe, że Pańska niepełnosprawność nie daje o sobie zapomnieć i przenika do Pańskiej twórczości. A odnośnie wytrwałości itp., takie cechy powinny chyba charakteryzować każdego twórcę.
 
S.M. - Tak, ale niewidomego, słabowidzącego czy z inną niepełnosprawnością jeszcze w większym stopniu.
 
S.K. - A więc, co Pan zrobił, kiedy dostał Pan zwrot swego maszynopisu?
 
S.M. - Pomyślałem - pies z wami tańcował i wysłałem ten sam maszynopis do wówczas najbardziej renomowanego wydawnictwa, czyli do "Czytelnika". I skończyło się pasmo niepowodzeń. Tu wreszcie trafiłem na bardzo życzliwego mi człowieka i zrozumienie. Był nim Klemens Górski, który bardzo życzliwie zainteresował się moją twórczością. Dzięki tej życzliwości w "Czytelniku" wyszły dwa moje tomy wierszy - pierwszy w roku osiemdziesiątym drugim "Noce ze słońcem", a w osiemdziesiątym szóstym "I było światło". Krytyka bardzo życzliwie przyjęła te tomiki. Teraz poczułem się w pełni poetą.
 
S.K. - Wszędzie trzeba trochę życzliwości. Sam talent nie zawsze wystarczy, żeby się przebić, żeby zyskać uznanie. Dobrze, że trafił Pan na Klemensa Górskiego. Później już pewnie poszło łatwiej. Proszę wymienić pozostałe Pańskie tomiki poezji.
 
S.M. - W czasie studiów i później wydałem 28 tomów poezji. W Bibliotece Narodowej znajdują się następujące moje książki:
1. Barwy ciemności wyd. 2004
2. Do światła. Poezje wybrane wyd. 1998
3. Epitafia wyd. 1993
4. Góry nad górami wyd. 1993
5. Góry jak ołtarze wyd. 2007
6. I było światło wyd. 1986
7. Jak krzyk milczenia wyd. 1990
8. Listy bez odpowiedzi wyd. 1999
9. Matki w kwiatach wyd. 1997
10. Między żywiołami wyd. 1995
11. Niech milczą słowa wyd. 1992
12. Noce ze słońcem wyd. 1982
13. Słowem- światłem 1991
14. Światło na rozdrożach 1997
15. Światło przed słowem 1994
16. Światło zapisane wiersze 1993
17. Święci wśród nas 1992
18. Tak ich zapamiętałem 1988
19. W królestwie wichrów wyd. 1992
20. W mieście ratuszowych koziołków 3 wydania wyd. 1996, 1980, i 2003 r.
21. W oczach ciemności wyd. 2001
22. Gostyń w poezji wyd. 2000
23. Rozrastasz się we mnie słoneczną młodością wyd. 2000
24. Podniesiony z kolan wyd. 2008r.
25. Dzieciom myszki i ptaszki niosą wiersze i fraszki wyd. 2007 r.
26. Śmiercią niepokonani wyd. 2008 r.
27. Ze światłem jest to wybór wierszy, św. Wojciech 2010 r.
28 "Psalmy" /nakładem własnym/ oraz cztery kompakty z wyborem wierszy.
Dodam, że za dwie książki dla dzieci - "W mieście ratuszowych koziołków" i za dalszą twórczość dla dzieci, na ich wniosek do Kapituły Orderu Uśmiechu w 2000 r., otrzymałem to zaszczytne odznaczenie, czyli Order Uśmiechu. Byłem drugim niewidomym kawalerem tego Orderu.
Wiele moich tomików na kasetach magnetofonowych znajduje się w Bibliotece Centralnej PZN. Ostatnio Jacek Kiss nagrał tomik, który ukazał się w ubiegłym roku w Księgarni św. Wojciecha. Jest to wybór moich wierszy pt. "Ze światłem", który jest dedykowany "Przyjaciołom moim nadwidzącym niewidomym". Jest to spora książka, bo liczy 235 stron.
Wkrótce znany aktor, a mój dobry przyjaciel, Wiesław Komasa nagra moje psalmy. Będzie to kolejny zbiorek udostępniony niewidomym.
 
S.K. - Jest to imponujący dorobek. Serdecznie gratuluję w imieniu naszych Czytelników i we własnym".
 Dorobek jest rzeczywiście imponujący. Pamiętajmy jednak, że był to grudzień 2011 r., a więc upłynęło dalsze kilka lat, w których powstało wiele nowych wierszy.
 Wróćmy jednak do cytowanej rozmowy.
 
"S.K. Teraz proszę opowiedzieć nam o swoim życiu.
 
S.M. - Urodziłem się we wsi Lubonia koło Leszna. Wieś ta ma tradycje poetyckie, może dlatego realizuję się w poezji. Jej właścicielem był Franciszek Dzierżykraj Morawski - znany poeta, tłumacz i sponsor twórczości poznańskiego poety Ryszarda Berwińskiego. W dworze Morawskiego gościł również Adam Mickiewicz.
S.K. - Rzeczywiście, we wsi z takim tradycjami, z pewnością atmosfera nasycona jest poezją.
 
S.M - To chyba jednak nie miało bezpośredniego wpływu na moje zamiłowanie do poezji. Zanim jednak zacząłem się nią zajmować, jako chłopiec nasłuchałem się dużo książek i recytacji wierszy, które czytała i recytowała mi babka. Musiałem rosnąć, uczyć się i zdobywać życiowe doświadczenia, a to nie było takie proste. Nauka w szkole podstawowej nie była łatwa, bo już wtedy pojawiły się poważne kłopoty ze wzrokiem. Do szkoły podstawowej uczęszczałem w Luboni, ale ostatnią klasę ukończyłem w Pawłowicach i wtedy napisałem swój pierwszy wiersz.
Po ukończeniu szkoły pojawiły się nowe trudności. Nie mogłem otrzymać żadnej pracy, a do mocno osłabionego wzroku dołączył się niedowład ręki. Z pomocą przyszedł mi ksiądz Henryk Kamiński. Był on rektorem niższego Seminarium Duchownego na Świętej Górze w Gostyniu. Zatrudnił mnie, najpierw na zaszczytnym stanowisku gońca, a następnie jako pracownika administracji. Wzrok mój ciągle się pogarszał. Nie chciałem się jednak poddać przeciwnościom losu i zostałem aktorem w amatorskim zespole teatralnym "Immaculata", który założył wspomniany już kapłan Henryk Kamiński. Zespół ten wystawiał Misterium Męki Pańskiej, z którym jeździliśmy niemal po całym kraju.
Ponieważ wzrok mój ciągle się pogarszał, wstąpiłem do Polskiego Związku Niewidomych. PZN skierował mnie na kurs rehabilitacji zawodowej do Bydgoszczy. Po ukończeniu szkolenia zostałem zatrudniony w Spółdzielni Niewidomych "Sinpo" w Poznaniu. W spółdzielni tej pracowałem jako robotnik w dziale metalowym przy wyrobie siatki parkanowej przez okrągłych dziesięć lat, a potem przez następne cztery lata przy maszynach tłocznych.
Praca mi jednak nie wystarczała i podjąłem naukę w liceum wieczorowym im. Marcinkowskiego. Zamieszkałem w czymś, co nieudolnie usiłowało udawać pokój. Tak naprawdę, sypiałem w korytarzu, a uczyłem się we wspólnej kuchni. Wówczas nie było komputerów i prawie nie było podręczników w brajlu. Korzystałem więc głównie z pomocy lektorów i magnetofonu marki "Tonette". To naprawdę nie był łatwy okres w moim życiu. Miałem chwile załamania, ale zawsze potrafiłem się otrząsnąć i robić swoje. Zdałem pomyślnie maturę w liceum korespondencyjnym przy ulicy Mylnej w Poznaniu. Po maturze nadal pracowałem w spółdzielni na stanowisku robotniczym i podjąłem studia zaoczne na wydziale polonistyki Uniwersytetu Poznańskiego.
 
S.K. - To nasze drogi życiowe są podobne. Mamy doświadczenia w pracy, w charakterze uprzywilejowanej wówczas klasy robotniczej, naukę w uciążliwych warunkach, w pokonywaniu trudności i przelewaniu myśli na papier. Ale są też różnice. Pan jest artystą słowa, a ja rzemieślnikiem. Różnimy się i tym, że ja kończyłem studia stacjonarne, a Pan zaoczne.
Z pewnością dla osoby z uszkodzonym wzrokiem, studia zaoczne nie są najłatwiejszą formą zdobywania wykształcenia. Jak to wyglądało w Pańskim przypadku?
 
S.M. - Nie było aż tak źle. Na Uniwersytecie spotkałem wspaniałych wykładowców i wspaniałych ludzi, którzy wywarli wielki wpływ na mój rozwój literacki. Szczególnie duży wpływ na mój rozwój wywarli profesorowie: Jerzy Ziomek, Edward Balcerzan, Edward Pieścikowski, Tadeusz Witczak i asystentka Maria Adamczyk. Pracę magisterską pisałem u profesora Balcerzana. W pracy magisterskiej połączyłem zainteresowania poezją z twórczością radiową. Jej tytuł - "Struktura radiowej audycji poetyckiej". Przez dwa lata słuchałem wszystkich audycji poetyckich w polskim radiu. W ten sposób zbierałem materiały do mojej pracy.
 
S.K. - Witam Pana Magistra! Po ukończeniu studiów, mam nadzieję, że nie obsługiwał Pan już tych maszyn tłocznych?
 
S.M. - Nie, najpierw pracowałem jako kierownik do spraw kultury w ZO PZN w Poznaniu i na pół etatu w Rozgłośni Polskiego Radia w Poznaniu.
Kolejnym, ważnym etapem mojego życia była praca pedagogiczna w ośrodku szkolno-wychowawczym dla Dzieci Niewidomych w Owińskach. Tam mogłem, wreszcie, realizować wszystkie swoje pomysły pedagogiczne i twórcze. Na takie możliwości czekałem przez całe trzydzieści lat. Na spotkania z młodzieżą sprowadzałem pisarzy, aktorów, filmowców i dziennikarzy, organizowałem konkursy czytelnicze. Szkoła wówczas bez przerwy tętniła życiem artystycznym. W Owińskach przepracowałem siedemnaście lat i często z ogromnym sentymentem wracam do tego okresu.
 
S.K. - No, można powiedzieć, że miał Pan bogate życie zawodowe. A czy i w działalność społeczną się Pan angażował? Dla mnie jest to sprawa ważna i pytam o to swoich rozmówców.
 
S.M. - Owszem, przez dwie kadencje byłem członkiem Krajowej Rady Kultury Niewidomych w Warszawie - w ten sposób Zarząd Główny PZN docenił mój kilkudziesięcioletni wkład w krzewienie kultury w środowisku niewidomych. Pracując w Spółdzielni przez 10 lat byłem jedynym recytatorem i występowałem z recytacjami niemal na wszystkich imprezach kulturalnych, które organizowano w ZO PZN i w Spółdzielni. Zrezygnowałem z tej funkcji, kiedy podjąłem studia, bo nie wyrabiałem już czasowo, ale na to miejsce postawiłem bardzo zdolnego kolegę z takim zamiłowaniem, a był to Roman Ludwiczak. Teraz bardzo chętnie spotykam się z czytelnikami mojej poezji, przede wszystkim z młodzieżą. To również jest działalnością społeczną, efektywną formą popularyzacji możliwości rehabilitacyjnych osób niewidomych i słabowidzących. Ciągle jeszcze odbywam wiele takich spotkań".
 
I kolejny fragment rozmowy:
 
"S.K. - Jakie ma Pan plany na przyszłość poza napisaniem książki o swoich spotkaniach z czytelnikami?
 
 
S.M. - Bardzo chciałbym wydać dwie kolejne książki dla dzieci, których maszynopisy od dwóch, trzech lat czekają na wydanie, tylko nie mogę znaleźć sponsorów. Jest to maszynopis o Gdańsku, jakby wierszowany przewodnik po tym mieście "Miasto w Trójzębie Neptuna" i maszynopis "Boże narodzenie w Moim Mieście".
 Wypada tylko wyrazić poecie uznanie i życzyć, by twórczość nadal stanowiła treść jego życia, a jej owoce cieszyły miłośników poezji.
 Zaczęliśmy od Homera. Dodajmy więc, że Max Schofler w wyżej cytowanej pracy pisze:
 "O dziesięciu poetach, o których wspomina wyżej wymieniony podręcznik, (encyklopedyczny podręcznik A. Mella) większość nie przetrwała swoimi dziełami wieku, w którym żyli. Najznakomitszy jednak między nimi był Jan Milton (1608-1674), który stracił wzrok jako sekretarz stanu w Londynie w czterdziestym czwartym roku życia. Po tym nieszczęściu poświęcił się poezji i dał światu w darze niezapomniane dzieło "Utracony raj" i inne poezje".
 

Jadwiga Stańczak

 
Była poetką, pisarką i dziennikarką. W latach 1953 - 1958 była redaktorem naczelnym "Pochodni", organu Polskiego Związku Niewidomych.
Jadwiga Stańczakowa (z domu Strancman) urodziła się w zamożnej rodzinie żydowskiej w 1919 r. w Warszawie. Jej przyszły mąż Zdzisław Stańczak wyprowadził ją z getta. Przez całą okupację musiała ukrywać swoją tożsamość.
Jej działalność dziennikarską i literacką zwięźle podsumowała Zofia Krzemkowska w artykule "Nadzieja - motorem działania" opublikowanym w "Głosie Kobiety" w styczniu 1997 r.
A oto fakty z jej życia zebrane przez Zofię Krzemkowską.
"Jadwiga Stańczak urodziła się w 1919 roku w Warszawie. Tu kończyła gimnazjum. Do wybuchu II wojny światowej była studentką Akademii Nauk Politycznych. Okres okupacji spędziła w stolicy. Była prześladowana i ukrywała się.
Pracę dziennikarską rozpoczęła w 1944 roku w Lublinie w redakcji "Głosu Ludu". Od maja 1945 roku pracowała w Gdańsku w Polskim Radiu jako kierownik działu programowego.
Następnym etapem w życiu Jadwigi Stańczak była praca redaktorki w "Głosie Wybrzeża". Pracę tę wykonywała jako osoba o szczątkowym wzroku. W 1951 r. została członkiem Polskiego Związku Niewidomych. Rok później przeniosła się do Warszawy, gdzie do 1958 roku pełniła funkcję redaktora naczelnego "Pochodni".
Za swoją pracę literacką otrzymała wiele nagród i wyróżnień: Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a także Nagrodę Stołecznej Rady Narodowej. W roku 1989 otrzymała nagrodę im. kpt. Jana Silhana za propagowanie spraw osób niewidomych w swojej twórczości.
Jako literatka, Jadwiga Stańczak zadebiutowała w 1956 roku opowiadaniami czytanymi w Polskim Radiu i wierszami publikowanymi na łamach "Nowej Kultury". Intensywną działalność literacką rozpoczęła na początku lat 70. Jej efektem są tomiki poezji: "Niewidoma" (tomik ten został nagrany na jednej kasecie w interpretacji Zofii Kucówny), "Depresje i wróżby", "Magia niewidzenia", "Na żywo" oraz dwa tomy opowiadań: "Ślepak" i "Przejścia" (obydwa tomy są nagrane na kasetach w interpretacji Antoniny Gordon-Góreckiej). Zarówno jej proza, jak i poezja, w znacznej mierze jest poświęcona człowiekowi niewidomemu - jego doznaniom, odczuciom, wrażeniom i przemyśleniom. Pisarka nie podkreśla wyjątkowości takiego losu. Opowiada o nim w sposób zwyczajny, po prostu. Utrzymywała ścisły kontakt ze środowiskiem literackim, a jednocześnie żywą więź z niewidomymi. Jej utwory drukowane były na łamach prasy ogólnopolskiej, literackiej i prezentowane w radiu. Zachęcamy do bezpośredniego zapoznania się z twórczością Jadwigi Stańczakowej".
 
Józef Szczurek w artykule "Mogę mówić o szczęściu" ("Pochodnia" wrzesień 1995) zamieścił obszerną wypowiedź poetki o jej pracy i stosunku do ludzi. Przytaczam tę wypowiedź, gdyż dotyczy ona zainteresowań i pracy osoby całkowicie ociemniałej.
"Przed kilkoma tygodniami oddałam do czasopisma niepełnosprawnych "Cienie i światła" artykuł zatytułowany "Niepełnosprawni mogą być szczęśliwi". Jestem o tym głęboko przekonana. Uważam, że szczęście w dużej mierze zależy od naszej aktywności i postawy wobec życia. Wokół nas jest dużo dobrych ludzi, trzeba jednak nauczyć się do nich trafiać i życzliwość odwzajemniać życzliwością.
Jeśli chodzi o moją działalność twórczą, to mam dobrą passę. Materialnie układa mi się różnie, jak większości, ale jakoś sobie radzę i nie narzekam. Uważam, że spotkało mnie wielkie szczęście, gdyż od paru lat mam mecenasa. Jest nim pan Piotr Kołodziejczak - mój serdeczny przyjaciel i wydawca wszystkich moich książek. Nie otrzymuję za nie honorarium, ale nie ponoszę też żadnych kosztów. Moje książki są wysyłane do bibliotek, szkół i innych instytucji kulturalnych w kraju, a także zagranicą. Można je też kupić w Warszawie w księgarni "Liber" na Krakowskim Przedmieściu, naprzeciwko uniwersytetu.
Piotr Kołodziejczak jest właścicielem wydawnictwa "Borgis". Wziął na siebie nie tylko wydawanie moich książek, ale i ich promocję i rozpowszechnianie. Jest to człowiek, który pragnie coś zrobić dla kultury. Z jego zakładu wychodzi także czasopismo "Ojczyzna Polszczyzna", przeznaczone dla nauczycieli i wiele innych dzieł, które nie zawsze przynoszą dochody.
Moją miłością są wiersze haiku. Jest to poezja japońska. Ostatnio wydałam już drugi tomik haiku, nazywa się "Odwieczne drzewo". Mam przyjaciółkę Japonkę - Miki Tsukada, która tłumaczy moje wiersze na japoński i w Japonii są one najpierw publikowane w rozmaitych czasopismach, książkach i antologiach. Potem dopiero wychodzą w Polsce. Miki Tsukada studiowała w Warszawie polonistykę. Jest zakochana w polskiej literaturze. Moje haiku tłumaczy bezinteresownie, a pomaga jej w tym sława japońskiej filologii - profesor Yamada, z którą także utrzymuję przyjacielskie kontakty. Pani Tsukada - wielbicielka polskiej kultury - zamieściła w japońskich czasopismach już kilka artykułów, w których przedstawiła między innymi moje życie i działalność literacką.
Największą moją chlubą są haiku dla dzieci. To ja pierwsza wpadłam na ten pomysł. Japończykom się to podoba i prawdopodobnie tam znajdę naśladowców. Mam już zebrany tomik zatytułowany "Żółty motylek".
Oddałam do druku swoją kolejną książkę "Tropem pisarzy". Zawiera relacje, w formie krótkich opowiadań, ze spotkań z pisarzami, moimi znajomymi i przyjaciółmi - z Władysławem Broniewskim, Marią i Jerzym Kuncewiczami, Janiną Brzostowską, Januszem Rychlewskim i wieloma innymi. Oczywiście, pierwsze skrzypce gra Miron Białoszewski. Ciekawostką tej książki jest opowiadanie "Wydłużona ręka", poświęcone niewidomym - wspólnego autorstwa Białoszewskiego i mojego. Mam nadzieję, że po ukazaniu się w druku, książka będzie nagrana na kasetach.
Napisałam też książeczkę "Kochany Finnpap", przetłumaczoną na angielski. W latach powojennych mój ojciec wprowadził na rynek polski firmę fińską pod nazwą "Finnpap". Niedawno odwiedził mnie jej dyrektor. Opowiadałam mu o sprawach firmy, związanej z Polską przed wojną i w latach powojennych. Mój rozmówca tak się tym zainteresował, że poprosił mnie, żebym napisała na ten temat broszurę. Ja jednak jestem pisarką i zamiast broszury, powstała książka. Oddaję też do druku inną książkę: "Wiersze dla mojej córki".
Takie mam najbliższe plany wydawnicze. Chciałabym też wspomnieć o innym nurcie mojej działalności. W moim mieszkaniu na Hożej mieści się Izba Pamięci Mirona Białoszewskiego, która jest uznana za małą filię Muzeum Literatury w Warszawie. W Izbie Pamięci jest wszystko tak, jak za życia Mirona. Pozostałymi po nim pamiątkami podzieliłam się z Muzeum Literatury i tam też teraz jest "stanowisko" Białoszewskiego.
Współpracuję z Muzeum Literatury, a także z Biblioteką Narodową. Kilka lat temu napisałam dziennik wspomnień o Mironie. Nie jest on przeznaczony do druku, natomiast korzystają z niego historycy literatury, studenci i inni ludzie, zainteresowani Mironem. Dziennik ten znajduje się w Bibliotece Narodowej, w Muzeum Literatury i u mnie, w Izbie Pamięci. Starałam się w nim ukazać osobowość Białoszewskiego, a jednocześnie, jakby na drugim planie, to co się dzieje aktualnie z jego spuścizną.
Miron Białoszewski umarł dwanaście lat temu. Nie miał nagrobka. Skromna mogiła zaczęła się już rozsypywać. Opiekowała się nią wraz ze mną moja rodzina. Przez całe lata zabiegałam w Ministerstwie Kultury o postawienie nagrobka, ale bez skutku. Wpadłam wreszcie na pomysł założenia Fundacji Mirona Białoszewskiego. Zwróciłam się do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich z prośbą o pomoc. I to się powiodło. Fundacja imienia Mirona Białoszewskiego istnieje ponad rok. Jej przewodniczącą jest Wanda Chotomska. Dzięki fundacji udało się zebrać potrzebną sumę. Ministerstwo Kultury i Sztuki dołożyło trzydzieści milionów. Dużą też kwotę przekazała wspomniana już wcześniej firma "Finnpap". Sporo pieniędzy dali przyjaciele i sympatycy pisarza.
(Informacja dotyczy dawnych pieniędzy. 30 milionów miało wartość, nie licząc inflacji, obecnych trzech tysięcy zł.)
W dwunastą rocznicę śmierci Mirona Białoszewskiego 17 czerwca bieżącego roku odbyło się odsłonięcie pomnika, projektu sławnej rzeźbiarki Barbary Zbrożyny. Jest to niezwykle interesująca kompozycja. W czasie odsłonięcia pani Chotomska podziękowała wszystkim, którzy przyczynili się do zbudowania pomnika.
Mam swoje magistrantki - Katarzyna Kosecka - nauczycielka i Małgorzata Walkiewicz - studentka Wyższej Szkoły Pedagogiki Specjalnej piszą o mojej twórczości. Małgorzata Walkiewicz jest ponadto moją społeczną lektorką. Zaprzyjaźniłyśmy się. Moją przyjaciółką i współpracownikiem jest także redaktor Marianna Sokołowska, która od lat przygotowuje do druku wszystkie dzieła Mirona Białoszewskiego w Państwowym Instytucie Wydawniczym. Do przyjaciół i współpracowników zaliczam również mojego wydawcę - Piotra Kołodziejczaka i tłumaczkę Joannę Podkańską. Moimi przyjaciółmi są również lekarze - Marian Chrzanowski i Marian Majnert.
Mam bardzo dobrą rodzinę, która dużo mi na co dzień pomaga. Córka Anna - pracownik naukowy w Instytucie Badań Literackich, zięć - Tadeusz Sobolewski, krytyk filmowy i wnuczka Justyna - studentka polonistyki w Uniwersytecie Warszawskim. Na nich zawsze mogę polegać. Trudno byłoby mi także pracować, gdybym nie miała pomocy lektorskiej dwu wspaniałych studentek z Wyższej Szkoły Pedagogiki Specjalnej.
Mogę mówić o szczęściu, bo otacza mnie tak wielu życzliwych, serdecznych i bezinteresownych ludzi. Moim pragnieniem jest, abym do końca życia była sprawna".
 
Dodajmy, że Jadwiga Stańczak żyła 77 lat i nie były to łatwe lata. Okupacja, utrata statusu zamożnej rodziny żydowskiej, utrata wzroku, trudne powojenne lata, rozpad małżeństwa - wszystko to mogło załamać człowieka mniej odpornego. Jadwigi Stańczak nie załamało. Nie każdy ma talent poetycki, nie każdy potrafi pisać teksty literackie prozą i nie każdy musi to potrafić. Natomiast każdy, zwłaszcza osoba niewidoma, musi walczyć z przeciwnościami o miejsce w społeczeństwie, o godne życie. Doświadczenia Jadwigi Stańczak mogą wzmocnić wolę tej walki.
 

 Andrzej Bartyński

 Literat, poeta i pieśniarz
 
Jest znanym i cenionym poetą współczesnym. Jest też pieśniarzem i działaczem społecznym. Można powiedzieć, że swoją twórczością poetycką i pieśniami nawiązuje do starożytnych niewidomych bardów.
Na jubileusz siedemdziesiątych piątych urodzin Ireneusz Morawski napisał szkic o jego dorobku pt. "Dobry, przychylny prorok". Szkic ten został opublikowany w "Pochodni" we wrześniu 2009 r. Zamieszczam fragmenty tego szkicu.
"Miał Andrzej lat może 14, gdy poczuł powołanie do stanu poetów. Działo się to ponad 60 lat temu i z drogi tej nigdy nie zawrócił, a został nie tylko poetą, ale także pieśniarzem i animatorem kultury. Andrzej Bartyński, gdyż to o nim mowa, obchodzi w tym roku 75. urodziny; fakt ten jest ważny dla bardzo wielu osób i środowisk".
 ***
 "Urodził się w roku 1934, w rodzinie prof. Władysława Bartyńskiego we Lwowie. Mając lat 9, w więzieniu, w czasie przesłuchania przez gestapo, stracił wzrok, potem dwa lata szkoły dla niewidomych we Lwowie, następnie repatriacja do Wrocławia i w 1946 roku dalsza nauka w szkole podstawowej w zakładzie dla niewidomych (tak to wtedy nazywano) w Laskach koło Warszawy.
Tam opowiada się po stronie poezji. Układa wiersze, bo ich nie pisze. Andrzej wszystkie swoje wiersze najpierw nawet na długo zostawiał jedynie w pamięci, a pamięć zawsze miał fantastyczną. Zdarzyło się w Laskach, że wierszami Andrzeja zainteresował się Mikołaj Roztworowski - młody poeta i dziennikarz, który w kolejne niedziele przyjeżdżał z Warszawy specjalnie do Andrzeja, żeby czytać mu współczesnych poetów: Miłosza, Jastruna, Przybosia, Gałczyńskiego i innych. I uświadomił sobie Andrzej, że liryka odchodzi od rymowanej narracji, że nowa poezja to maksimum znaczeń przy minimum słów. I to były początki poety. Dalszy ciąg to skończenie w Laskach podstawówki - notabene z odznaczeniem, same bardzo dobre - i powrót do Wrocławia, gdzie podejmuje naukę w I LO przy ul. Poniatowskiego. Jest rok 1950 i w tym roku nawiązuje kontakt z Kołem Młodych Pisarzy przy ZLP, oddział we Wrocławiu. Powoływano kiedyś takie koła, które były szkołą tworzenia radosnego socrealizmu. Andrzej nie poddaje się tej tendencji. W kwietniu roku 1951 ma w tym kole swój występ i wzbudza zachwyt, choć jest też i dezaprobata ze strony kilku socrealistów. Ale o interesującym poecie dowiaduje się Jerzy Putrament - wówczas ktoś bardzo ważny w literaturze i Związku Literatów i jest nawet tak, że towarzysz Jerzy pewnego dnia, z samego rana, odwiedza Andrzeja w jego mieszkaniu. To było więcej niż niesamowite!
Wkrótce też Andrzej zostaje przedstawiony samemu Konstantemu Gałczyńskiemu, po jego wspaniałym występie na tzw. "Czwartku Literackim" we Wrocławiu.
Następny ważny etap w życiu Andrzeja to studia na polonistyce, to odwilż października roku 1956, to głośne odrzucenie socrealistycznej twórczości, to przypływ tłumaczeń światowej literatury z zachodu, to biblioteki, kawiarnie, niekończące się dyskusje o poezji, to grzane wino z goździkami, to powstanie artystycznej grupy "Dlaczego Nie", której ideą przewodnią było "dlaczego nie czynić tego, na co się teraz ma chęć", której przywódcą staje się Andrzej niejako automatycznie, to wreszcie przepływający ciągle przez jego mieszkanie tłumek młodych artystów i wielka tolerancja mamy Antoniny, mamy Andrzeja, która z oddaniem tolerowała wnoszone na artystowskich butach błoto. Wówczas na występy, na wieczory autorskie członków grupy przychodziło i po 300 osób. Andrzej święcił triumfy, bo jego pełne wewnętrznej dynamiki wiersze były przez niego przekonująco recytowane. W tych wierszach jest ciągły ruch, przepływ kolorów, rzeczy, faktów i zdarzeń, a z obrazów codzienności wynika w końcu filozoficzne uogólnienie. Takie one są, te wiersze Andrzeja".
 ***
 "W roku 1957 wychodzi jego pierwszy tomik pt. "Dalekopisy", w 1960 tom następny i w roku 1961 Andrzej zostaje przyjęty do Związku Literatów Polskich. Od lat jest już prezesem tego Związku na Dolnym Śląsku i ciągle działa organizacyjnie. Kilka razy w roku organizuje "Czytanie Wierszy", które w tytule ma uzupełnienie zależne od pory roku - np. wiosenne, zimowe, a nade wszystko w Polanicy organizuje doroczne festiwale "Poeci bez Granic", gdzie spotykają się poeci polscy z ukraińskimi, czeskimi, niemieckimi i innymi, jeśli inni zapragną wziąć udział w tych spotkaniach. Dodajmy, że festiwale odbywają się w listopadzie, a już od stycznia Andrzej wraz z małżonką Krystyną podejmują działania organizacyjne, a zwłaszcza zdobywanie pieniędzy na ten cel. W spotkaniach biorą także udział poeci niepełnosprawni - w tym niewidomi".
 ***
 "Do roku 2008 wydano 8 poetyckich tomów Andrzeja, a w roku 2001 trzytomowy zbiór jego wierszy pod wspólnym tytułem: "Taki Świat". Za wkład w rozwój kultury polskiej otrzymał Andrzej wiele nagród regionalnych, państwowych - w tym dwie nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za "nieoceniony wkład w kulturę polską i europejską", wiele odznaczeń, a nade wszystko Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Jubileusz 75-lecia niczego nie zamyka i nie kończy. Andrzej tworzy dalej i przygotowuje do wydania następny tom".
 ***
 "Kto by chciał wiedzieć więcej o ocenach poetyckich dokonań Andrzeja Bartyńskiego, niech zajrzy do wstępu Jacka Kajtocha w tomie wierszy "Piętnaście dni w Dusznikach a Nasz Dom w Polanicy". Zauważmy, że za ten tom otrzymał Andrzej nagrodę im. ks. Twardowskiego z zaznaczeniem "za najciekawszy tom wierszy roku 2008". Przeczytajmy też esej Piotra Kuncewicza w trylogii "Taki Świat". Swoją wypowiedź Kuncewicz kończy krótką i znakomitą charakterystyką Andrzeja artysty i człowieka: "Wielki dorobek lwowsko-wrocławskiego poety, akceptującego świat, będący dla niego dogodnym miejscem i do flirtu, i do wypitki, skłania i do podziwu, i do zadumy: Bartyński jest w każdym calu pełnym człowiekiem, zawadiackim mężczyzną, dobrym, przychylnym każdemu prorokiem i śpiewającym poetą".
 ***
 Zwróćmy uwagę na fakt, że brak wzroku nie odgrywa żadnej roli w ocenie jego dokonań. Jest świetnym poetą i świetnym śpiewakiem i tylko to się liczy. Brak wzroku to jego kłopot, a jego poezja to wielki wkład w dorobek kultury polskiej.
Ireneusz Morawski zwraca uwagę na "zaszczytne" spotkania z Jerzym Putramentem i Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim. Dodam do tego jego kantatę śpiewaną w 1997 r. we Wrocławiu Janowi Pawłowi II. Pisze o tym Henryk Szczepański w artykule "Idzie pasterz" ("Pochodnia" lipiec 1997 r.) Czytamy:
"Po zakończeniu uroczystej mszy świętej, zamykającej wrocławski Kongres Eucharystyczny ponad ćwierć miliona słuchaczy usłyszało prawykonanie kantaty powitalnej zatytułowanej "Idzie Pasterz". Ojciec Święty wysłuchał jej w skupieniu. Nawiązując do końcowych strof wyśpiewanego tekstu, powiedział: - Bóg zapłać za to dopowiedzenie do celebry eucharystycznej, za kantatę".
Ponad ćwierć miliona słuchaczy oklaskiwało prawykonanie pieśni. Kantatę skomponował Leszek Wisłocki do słów niewidomego poety i pieśniarza Andrzeja Bartyńskiego. Śpiewał ją ponad tysiącosobowy chór wraz z Wielką Orkiestrą Filharmonii Wrocławskiej pod batutą Marka Pijarowskiego. W potężnym zespole wokalistów wystąpiły niemal wszystkie chóry nadodrzańskiej metropolii, wzmocnione przez Poznańskie Słowiki Stefana Stuligrosza.
- Słuchając tej muzyki - mówi Andrzej Bartyński - Ojciec Święty miał przed oczyma własny portret - w świadomości tysięcy ludzi namalowany słowem i dźwiękiem. Kroczył jako pasterz, ale wraz z nim szły góry i lasy. Mocny góralski krok słychać w każdym takcie. Gdybym był kompozytorem, nie napisałbym muzyki innej niż ta, którą wybrał mój przyjaciel.
Pomysł uhonorowania Ojca Świętego niespodzianką w postaci utworu muzycznego zrodził się we wrocławskiej kurii metropolitalnej. Jego skomponowanie zaproponowano Leszkowi Wisłockiemu, który bez wahania uznał, że jedyną osobą umiejącą napisać właściwy tekst będzie Andrzej Bartyński. Jego "muzykalne" pióro poznał bliżej w czasie współpracy nad "Pieśnią sprawiedliwości" - symfonią poświęconą pamięci ofiar stalinizmu.
- Gdy czytam jego teksty - mówi kompozytor - to mam wrażenie, że muzyka pisze się sama".
Proszę nie mówić, a nawet nie myśleć, że to wyróżnienie spowodowane było niepełnosprawnością Andrzeja Bartyńskiego. Moim zdaniem był to hołd dla jego talentu i twórczości. Wydał: Dalekopisy (1957), Dojrzewające słowa - współautor almanachu - 1958, Zielone wzgórza (1960), Komu rośnie las (1965), Ku chwale słońca (1974), Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie bar Cin-Cin (1977), Wojna, wyspa, skarabeusz (1982), Wróć, bo czereśnie (1997), Te są ojczyzny moje (1999), Taki świat - trylogia poetycka: I poranek, II Południe, III Oderwanie (2001).
Wcale piękny dorobek twórczy, a jak słusznie zauważył Ireneusz Morawski "Jubileusz 75-lecia niczego nie zamyka i nie kończy".
 O Andrzeju Bartyńskim można by jeszcze wiele pisać, ale trzeba zostawić również miejsce dla innych niewidomych poetów i pisarzy. Z przytoczonych informacji i opinii Czytelnicy mogą wyciągnąć tylko jeden wniosek - Andrzej Bartyński jest wybitnym poetą i pieśniarzem, a fakt, że jest niewidomy, ma podrzędne znaczenie.
 

 Stanisław Nyczaj

 
Urodził się 9 stycznia 1943 r. w Nowicy koło Kałusza w województwie stanisławowskim, obecnie Ukraina.
 Jest poetą, satyrykiem, krytykiem literackim, edytorem i animatorem życia literackiego.
 Napisał m.in.: "Płonący wodospad", "Metafizyka tworzenia", "Na kanwie zwierzeń polskich poetów współczesnych", "Przedążyć pęd Ziemi", "Wśród pisarzy".
 Został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.
 "Pochodnia" 5-2001 opublikowała "Lot na Pegazie" - rozmowę Anny Kaźmierczak z kieleckim poetą Stanisławem Nyczajem.
Przytaczam tę rozmowę, gdyż z niej Czytelnicy dowiedzą się wiele o słabowidzącym poecie.
"- Pana sposób bycia i mówienia sugerowałby, że pochodzi Pan ze Wschodu. Czy tak jest istotnie?
- Urodziłem się na Kresach Wschodnich, niedaleko Stanisławowa. Mój ojciec pracował tam jako nauczyciel matematyki.
- Czy Pana wada wzroku jest wrodzona?
- Rodzice odkryli ją po kilku miesiącach mojego życia. Miałem tylko poczucie światła. W 1943 r., gdy ukończyłem pół roku, zostałem zoperowany na zaćmę w Klinice lwowskiej przez początkującego wówczas lekarza, dra Krwawicza. Był to okres wojny i trzeba było zebrać pewną ilość artykułów żywnościowych, żeby klinika zgodziła się mnie przyjąć. Żywność tę na zasadzie handlu wymiennego zdobywało się nieraz z narażeniem życia. Operacje były potem powtarzane. Gdy miałem ok. jedenastu lat, zrezygnowałem z dalszych działań w tym kierunku uznając, że więcej wzroku nie da się odzyskać.
- Jak potoczyły się Pana losy po wojnie?
- Znaleźliśmy się w Opolu, gdzie spędziłem dzieciństwo i młodość. Uczyłem się w szkole masowej. W III klasie do zwykłej nauki doszła jeszcze szkoła muzyczna. Byłem dość samodzielny i ruchliwy. Mimo trudności wzrokowych starałem się robić wszystko, co robili moi rówieśnicy. Jeździłem na rowerze, grałem w piłkę. Pokonywanie przestrzeni to była moja pasja.
 W klasie siedziałem w pierwszej ławce i niekiedy musiałem podchodzić do tablicy. Spisywałem od siedzących obok mnie kolegów, ale przede wszystkim starałem się słuchać. Gry na pianinie uczyłem się na pamięć, jak ludzie całkowicie niewidomi, to jest techniką obu rąk naprzemiennie. Mimo to miałem dość duży repertuar. Ponieważ dobrze się uczyłem, rówieśnicy mi nie dokuczali.
- Jaki ma Pan stopień widzenia?
- Na lewe oko nie widzę nic, a w prawym mam plus 16 dioptrii i drugą grupę z powodu inwalidztwa wzroku. Nie posługuję się białą laską, gdyż uważam, że nie jest mi ona niezbędna.
- Czy kontynuował Pan szkołę muzyczną na poziomie drugiego stopnia?
- Ku mojemu zmartwieniu liceum nie wyraziło na to zgody, uznając, że ze względu na wzrok nie podołam obowiązkom. Jednak jeszcze obecnie granie to moja wielka przyjemność. Szkolne lektury czytałem sam, choć potrzebowałem na to więcej czasu. Z pomocy innych korzystałem jedynie w przypadku bardzo małego druku. Po maturze, w roku 1961 zdałem egzamin na polonistykę w WSP w Kielcach. Ponieważ dobrze się uczyłem, otrzymałem stypendium naukowe, a za pracę magisterską - nagrodę. Jednak nie tylko nauka była w centrum moich zainteresowań. Już na drugim roku zajmowałem się teatrem Jerzego Grotowskiego. Poświęcałem się też pracy społecznej w środowisku studenckim. Jeszcze na studiach, to jest w 1965 r., ożeniłem się, a po roku przyszedł na świat mój pierwszy syn. Drugi syn odziedziczył moją wadę wzroku.
- Po studiach przez cztery lata pracowałem jako nauczyciel języka polskiego w masowej szkole średniej. Przy sprawdzaniu prac czasem pomagała mi żona. Dwa dni w tygodniu miałem wolne na pracę twórczą. Uczyłem też starszych w szkole wieczorowej.
 Po odejściu ze szkoły pracowałem w różnych redakcjach jako publicysta. W "Kwartalniku Nauczyciela Opolskiego" byłem sekretarzem, potem redagowałem "Zeszyty Naukowe" w Politechnice.
- Kiedy rozstał się Pan z Opolem?
- W roku 1972 przeniosłem się wraz z rodziną do Kielc. Tu w lokalnej rozgłośni radiowej prowadzę rozmowy o literaturze współczesnej. Są to audycje na Kielecczyźnie dość znane. Mówię na żywo, mam dużą gotowość pamięci, szczególnie w wystąpieniach publicznych. Wcześniej na kieleckiej Politechnice prowadziłem wykłady o współczesnej literaturze.
- Kiedy zaczęła się Pana twórczość własna?
- Jako poeta debiutowałem w czasopiśmie studenckim, w 1964 roku. Do chwili obecnej wydałem dziewięć tomików wierszy. Prozą piszę głównie dla dzieci, ale zdarza się to rzadko. Czuję się poetą i to jest moja domena. Piszę również aforyzmy. Ostatni tomik wierszy był przetłumaczony na język czeski.
- Czy pracuje Pan nadal jako publicysta?
- Prowadzę osiem stron literackich w miesięczniku "Ikar" i jestem naczelnym redaktorem "Świętokrzyskiego Kwartalnika Literackiego". Niejednokrotnie drukowaliśmy tam wiersze niewidomych poetów, na przykład Jolanty Kutyło.
 Jestem prezesem Oddziału Świętokrzyskiego i członkiem Prezydium Oddziału Krajowego. Oprócz tego prowadzę wraz z żoną i synem oficynę wydawniczą "Słoń". Do tej pory wydaliśmy około 250 książek.
 - Na czym polega Pana współpraca z Centrum Kultury Niewidomych PZN i w ogóle z piszącymi niewidomymi?
- Uczestniczę w jury konkursów literackich, konsultuję z autorami ich teksty, wydaję to, co się do tego kwalifikuje. Ostatnio z mojej inicjatywy Jolanta Kutyło została przyjęta do Związku Literatów Polskich.
- Dziękuję za rozmowę i życzę Panu wiele sukcesów we wszystkich dziedzinach działalności".
 

Podsumowanie

 
Nie piszę antologii pisarzy niewidomych. Twórczością literacką w Polsce i w innych krajach zajmuje się wiele osób z uszkodzonym wzrokiem. Nie jestem krytykiem literackim ani znawcą poezji. Wybrałem więc na chybił trafił kilka nazwisk jako przykłady osób niewidomych i słabowidzących, które poza środowiskiem niewidomych odniosły sukces. Moim celem było wykazanie, że i w tej dziedzinie brak wzroku nie jest istotną przeszkodą. Ciągle powtarzam, że skutki braku wzroku czy jego poważnego osłabienia można przezwyciężyć. Świadczą o tym prezentowane sylwetki literatów. Ale powtarzam również ciągle, że brak wzroku w niczym nie pomaga, wszystko utrudnia, a każdy sukces osoby niewidomej wymaga od niej większego wysiłku, więcej czasu, więcej samozaparcia niż od osób widzących o podobnych uzdolnieniach. Uzdolnieni niewidomi osiągali i osiągają sukcesy w różnych dziedzinach i w różnych warunkach - w starożytności, w średniowieczu i w czasach współczesnych. Musimy pamiętać, że te warunki były tragicznie złe, od wieków ulegają stałej poprawie, a ciągle mamy na co narzekać. Ciągle też niewidomi przełamują swoją słabość, niechęć otoczenia, niekiedy wrogość i pogardę i często brak wiary w ich możliwości.
Zostawiam Szanownych Czytelników z podobnymi myślami. Następnym razem spotkamy się z niewidomymi i słabowidzącymi duchownymi i teologami.