Logo 1%

Logo OPP


Logo 1%
Dołącz do nas na Facebooku

 

Z laską przez tysiąclecia (cz. 24)

Niewidomi i ociemniali duchowni oraz teologowie

Skryba

Nie udało się wyszukać w języku polskim zbyt wielu informacji na temat niewidomych duchownych. Prezentuję więc to, co mogę, ponieważ w moim cyklu "Z laską przez tysiąclecia" nie wypada pominąć tak ważnej dziedziny działalności ludzkiej, w której czynnie uczestniczyli i uczestniczą również niewidomi księża oraz zakonnice.
Zresztą niełatwo było niewidomemu zostać księdzem. Oprócz ogólnych trudności związanych z brakiem dostępu do słowa pisanego do 1825 r., tj. do opracowania pisma punktowego przez Ludwika Braille'a, były też trudności natury szczególnej. Otóż według Kodeksu prawa kanonicznego z 1817 r. niewidomy nie mógł zostać księdzem. Wcześniej też chyba nie było lepiej, bo wypowiedzi Boga zawarte w Starym Testamencie są jednoznaczne. Przytaczam je niżej. Sytuacja ta uległa zmianie w 1986 r. Od tej pory o przydatności do stanu duchownego indywidualnie decyduje miejscowy biskup. W tej sytuacji byli chyba tylko ociemniali księża, bo niewidomi nie mieli szans.
 

Duchowni i jasnowidze w dawnych wiekach

 
Max Schofler w książce "Niewidomy w życiu narodu" pisze:
"Ponad ten szeroko zorganizowany stan żebraczy, mogli wybić się niewidomi, którzy wyróżniali się szczególnymi zdolnościami. Kto był przyjacielem muz, dysponował talentem śpiewaczym, potęgą słowa lub opanował sztukę gry na lirze czy harfie, ten cieszył się poważaniem jako pieśniarz ludowy lub bard. Kto miał dobrą pamięć, bogatą fantazję lub poetyckie zdolności, przekazywał potomności tradycje religijne i historyczne. A kto potrafił te talenty ubrać w szaty mistyki, otaczany był czcią jako jasnowidz i prorok".
I dalej autor ten pisze:
"Ludowi śpiewacy, poeci, bajarze, spełnili w historii kultury ludzkości, we wszystkich jej dziedzinach, wielką misję, która dzisiaj przypada książce. Wśród nich znajdujemy aż do zamierzchłej przeszłości również niewidomych, o których u wszystkich narodów, mówi się ze wzruszeniem. Spotykamy się z nimi już 2000 lat p.n.e. na dworach japońskich cesarzy. W starochińskiej kulturze, przed wielu tysiącami lat, myślano już wówczas, by niewidomych odznaczających się nieprzeciętną wiedzą, bystrą spostrzegawczością i krytycyzmem, doskonałą pamięcią i trafnością rozumowania - kształcić na "jasnowidzów". Ustnym przekazywaniem religijnych tradycji i wydarzeń historycznych zajmowali się niewidomi w najdawniejszych czasach kultury indyjskiej, co wynika z hymnu Rigveda".
Max Schofler pisze:
"W Starym Testamencie mówi się o patriarchach Izaaku i Jakubie, wysokich kapłanach Heli, o Tobiaszu i innych jako o niewidomych".
Jednak należeli oni chyba do wyjątków, gdyż w "Biblii" znajdujemy takie oto słowa Boga:
"- I rzekł Pan do Mojżesza mówiąc: "Mów do Aarona: Człowiek z potomstwa twego według domów, który by miał jaką wadę, nie będzie ofiarował chleba Bogu swemu ani nie przystąpi do służby jego, jeśli będzie ślepy, jeśli chromy, jeśli małego nosa albo wielkiego, albo krzywego, jeśli złamanej nogi albo ręki; jeśli garbaty, jeśli płynących oczu, jeśli mający bielmo na oku albo świerzb ustawiczny, albo parchy na ciele, albo przepuklinę.
Nikt z potomstwa Aarona kapłana, kto by miał wadę, nie przystąpi, aby składać ofiary Panu ani chleby Bogu swemu; wszakże będzie pożywał chleba, który ofiarują w świątyni, ale tak, żeby za zasłoną nie wchodził ani do ołtarza nie przystępował, ponieważ ma wadę, a nie ma plugawić świątyni mojej. Ja Pan, który ich uświęcam".
Tadeusz Majewski napisał informację pt. "Duchowni" ("Pochodnia" listopad 2002 r.). O starożytności autor pisze:
 "Historia zna wielu słynnych niewidomych duchownych, jednak w judaizmie niewidomi nie byli dopuszczani do stanowisk i funkcji religijnych.
Już w niektórych pierwotnych szczepach, żyjących na kontynencie afrykańskim i azjatyckim, starsi niewidomi byli przywódcami religijnymi i doradcami duchowymi. W judaizmie natomiast osoby niewidome nie były dopuszczane do stanowisk i funkcji religijnych. Jeśli chodzi o islam, to niewidomi mogli wykonywać niektóre funkcje duchownych, np. nawoływać z minaretu wiernych do modlitwy lub nauczać Koranu.
Również w buddyzmie było wielu niewidomych duchownych. W Japonii mnich Kakai, żyjący w latach 774-835, założył specjalną sekcję niewidomych mnichów buddyjskich, zwaną Shingon-shu, a ich członkowie nazywali się Mozo. Podobnie niewidome kobiety spełniały przy świątyniach buddyjskich funkcje powierników i doradców duchowych dla wiernych. Nazywały się one Itako. Zanim zostały dopuszczone do takich funkcji, przechodziły już jako młode dziewczęta bardzo surową formację duchową. Dopiero po osiągnięciu odpowiedniej wiedzy i stanu duchowego mogły funkcje te wykonywać".
Dalej Tadeusz Majewski zamieszcza krótkie notki dotyczące chrześcijańskich teologów, duchownych i zakonnic. Czytamy:
"Jeśli chodzi o chrześcijaństwo, to historia zna już niewidomego kapłana i męczennika z IV wieku o nazwisku Pigmenius, który żył w Rzymie. Legenda głosi, że podobno był zadowolony z tego, że jest niewidomym, gdyż nie musi oglądać swoich i kościoła wrogów. Za przekonania został zrzucony z mostu do rzeki Tyber. W ten sposób zakończył życie męczeńską śmiercią w 363 roku.
Niewidomą od urodzenia była św. Odylia. Urodziła się ok. 660 roku. Była córką alzackiego księcia Atticha. Odznaczała się wielką pobożnością. Razem z ojcem założyła klasztor, który od jej imienia przyjął nazwę "Klasztor Odilienberg". Była pierwszą jego przeoryszą. Zmarła około roku 720. Od IX wieku rozpowszechnił się bardzo kult św. Odylii. Liczni pielgrzymi z Alzacji, Szwajcarii i południowych Niemiec zaczęli odwiedzać jej grób w Odilienburgu.
Nicasius z Verdun urodził się około 1440 r. Gdy miał trzy lata, stracił wzrok. Pomimo swojej ślepoty udało mu się podjąć studia na słynnym uniwersytecie w Loewen w Belgii. Po ich ukończeniu za zezwoleniem papieża został wyświęcony na kapłana. Następnie przeniósł się do Kolonii (Niemcy), gdzie na uniwersytecie wykładał prawo kanoniczne. Zmarł w 1492 r. w Kolonii.
Około roku 1442 urodziła się w Rusii (Włochy) św. Margharita da Ravenna (św. Małgorzata z Rawenny). W wieku dwóch lat straciła wzrok. Odznaczała się wielką pobożnością i od najmłodszych lat odczuwała powołanie do życia zakonnego. Wyśmiewano się z jej pobożności i poniżano ją. Ostatecznie lokalne duchowieństwo przekonało się do niej i zezwoliło założyć świeckie zgromadzenie o nazwie "Dobry Jezu" (Buon Gezu). Cieszyła się wielkim szacunkiem papieża Pawła III i księcia Mantui Ferdynanda II. Z uwagi na wielką wiedzę i wybitną osobowość, władze kościelne konsultowały się z nią w ważnych kwestiach dogmatycznych i teologicznych. W ówczesnych czasach było to wielkie wyróżnienie dla kobiety, i to niewidomej. Zmarła w Rawennie w 1505 r. Po jej śmierci założone przez nią zgromadzenie przekształciło się w zgromadzenie zakonne.
W pierwszej połowie XVI wieku żyła na terenie Anglii Joan Wast, niewidoma od urodzenia (brak roku jej urodzin), osoba bardzo religijna. Codziennie czytano jej Nowy Testament. W ten sposób opanowała znaczne jego części na pamięć. Mężnie wyznawała swoją wiarę i manifestowała przekonania religijne, za co oddała życie. W 1553 r. w miejscowości Derby została skazana na śmierć i spalona na stosie. Był to bowiem okres zmagań religijnych między katolicyzmem a powstającym wówczas kościołem anglikańskim.
Prospero Fagnani urodził się w San Angelo in Vado (Włochy) w 1587 r. Był słynnym teologiem, specjalistą od prawa kanonicznego. Za czasów panowania papieża Aleksandra VII pracował w kurii rzymskiej, zajmując wysokie stanowiska. Do jego głównych zadań należało m.in. pisanie komentarzy do dekretów papieskich. W wieku 44 lat stracił wzrok. Nie przestał jednak pracować w kurii. Swoje dotychczasowe obowiązki kontynuował przy pomocy sekretarzy. Zmarł w Rzymie w 1678 r.
W XVI wieku na terenie Francji żył natomiast Jean le Jeune, zwany także niewidomym bratem. Urodził się w 1582 w Poligny. Był kapłanem i zasłynął przede wszystkim ze swego talentu kaznodziejskiego. Stracił wzrok w wieku 35 lat. Ostatnie 20 lat życia spędził na misjach. Zmarł w 1672 r.
W XVII wieku na terenie Wielkiej Brytanii słynnym niewidomym duchownym był John Troughton. Urodził się w 1637 r., a wzrok stracił na skutek ospy, gdy miał cztery lata. Mimo tego faktu podjął studia filozoficzne i teologiczne na uniwersytecie w Oksfordzie, gdzie ostatecznie osiadł i mieszkał do końca życia. Należał do zwolenników purytanizmu. Był to odłam kościoła anglikańskiego, który dążył do uniezależnienia od władzy królewskiej i który charakteryzował się bardzo surowymi zasadami i obyczajami. Troughton został wyznaczony przez władze kościelne jako jeden z czterech głównych kaznodziejów, mających prawo głosić nową doktrynę religijną w mieście Oksford. Umarł w 1681 r. stosunkowo młodo, mając zaledwie 44 lata. Na jego pogrzebie przemawiał inny niewidomy duchowny o nazwisku Abraham James.
Słynnym niewidomym duchownym pochodzącym z Walii był Richard Lucas. Urodził się w 1648 r. jako dziecko słabo widzące. Studiował również na uniwersytecie oksfordzkim, gdzie uzyskał doktorat z teologii. W 1672 r. wstąpił do zakonu. Zajmował wysokie stanowiska duchowne przy Opactwie Westminsterskim w Londynie. W 1683 r., mając 35 lat, całkowicie utracił wzrok. Zasłynął przede wszystkim jako wielki uczony teolog. Napisał takie dzieła jak: "Traktat o praktycznym chrześcijaństwie", "W poszukiwaniu szczęścia", "Moralność ewangeliczna", "Chrześcijańskie rozmyślania na każdy dzień tygodnia", "Przewodnik do nieba". Opublikowano także w 5 tomach jego "Kazania". Umarł w 1715 r. i został pochowany na terenie Opactwa Westminsterskiego.
Edward Stokes urodził się na terenie angielskiego hrabstwa Leicestershire w 1705 r. Gdy miał 9 lat, bawiąc się z bratem nabitym pistoletem, uległ wypadkowi, w wyniku którego utracił wzrok. Po wyzdrowieniu kontynuował naukę w szkole, a następnie na uniwersytecie. Po studiach wstąpił do zakonu. Po pewnym czasie został księdzem w parafii Leicestershire, którą prowadził przez całe swoje życie. Nabożeństwa odprawiał przy pomocy drugiej osoby, która czytała lekcje i ewangelie. Zasłynął przede wszystkim z powodu swojej działalności charytatywnej na rzecz osób biednych. Pomagał wszystkim potrzebującym, niezależnie od ich przynależności do takiego czy innego kościoła. Wszyscy mieszkańcy Leicestershire uwielbiali swojego wielkiego dobrodzieja. Doczekał bardzo sędziwego wieku. Zmarł mając 93 lata, w tym 50 lat przebył w kapłaństwie.
Ze Szkocji pochodził dr Thomas Blacklock. Urodził się w 1721 roku w Dumfries, w biednej rodzinie. Ojciec był murarzem. Wzrok stracił na skutek ospy w wieku 6 miesięcy. Rodzice kochali bardzo swoje niewidome dziecko i w odpowiednim wieku zorganizowali grono przyjaciół i znajomych, którzy przychodzili do małego Tomasza i czytali mu różne książki. W ten sposób posiadł on dużą wiedzę i sam zaczął tworzyć różne utwory literackie, zyskując w ten sposób coraz więcej znajomych i przyjaciół, którzy spędzali z nim czas na czytaniu. Mając 19 lat, stracił ojca w nieszczęśliwym wypadku. Fama o jego nieprzeciętnych zdolnościach rozchodziła się po całej okolicy. Zainteresował się więc nim lekarz, dr Stevenson, który zabrał go w 1741 roku do Edynburga. Tam zapewnił mu przygotowanie do dalszej nauki na uniwersytecie. Miał szczególne zdolności do języków obcych. Następnie podjął studia na wydziale teologii w Edynburgu. Kontynuuje tworzenie poematów zapoczątkowanych w okresie młodzieńczym. Opublikował je w 1754 r. W 1759 r., po uzyskaniu doktoratu z teologii, zostaje mianowany kaznodzieją w swoim rodzinnym mieście, gdzie zyskał wielkie uznanie za swoje o głębokiej treści kazania. W 1762 roku zostaje wyświęcony na kapłana. W 1764 roku rezygnuje z pracy duszpasterskiej i przenosi się do Edynburga, gdzie poświęca się nauczaniu filozofii i języków obcych oraz pisaniu nie tylko dzieł literackich, lecz również teologicznych. Zmarł po krótkiej chorobie w 1791 r.
W 1840 r. w Etiopii urodził się Alaqa Tamango, który stracił wzrok w dzieciństwie. Uczęszczał do szkoły przykościelnej, gdzie dobrze poznał religię, a psalmów wyuczył się na pamięć. Po ukończeniu nauki ze swoimi uczniami wędrował po kraju, nauczając religii. Ostatecznie wstąpił do klasztoru w prowincji Goggam, gdzie wykładał teologię. W 1889 r. został mianowany proboszczem przy kościele Najświętszej Marii w Dembano. Oprócz posługi religijnej zajmował się ponadto pracą naukową - interpretacją Starego Testamentu, tworzeniem poezji i muzyką kościelną. Zmarł w Addis Abebie w 1917 r.
Na zakończenie trzeba jeszcze wspomnieć o naszej wybitnej duchownej, a mianowicie o Matce Róży Czackiej, założycielce Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek od Świętego Krzyża i Zakładu dla Niewidomych w Laskach. Jej życie i dzieło jest jednak dobrze znane naszym Czytelnikom".
 
To ostatnie nazwisko, w tym miejscu, przywołuję jedynie dla porządku, gdyż tak zasygnalizował je Tadeusz Majewski. Róża Czacka wniosła tak wielki wkład w rozwój szkolnictwa dla niewidomych w Polsce oraz w rozwój ruchu niewidomych w naszym kraju, że należy poświęcić więcej miejsca jej dokonaniom.
Tadeusz Majewski pominął wybitnego teologa z trzeciego wieku naszej ery, Didyma zwanego Ślepym. Wypada więc uzupełnić powyższy wykaz o tę sylwetkę.
 

Didym, Róża Czacka i ks. Robert Hedzyk

 

Didim (Didymus) zwany Ślepym

 Żył w Aleksandrii w IV wieku naszej Ery (ok. 313-398) ). Wzrok utracił w czwartym roku życia. Żył i pracował w czasie, w którym nie istniało pismo dla niewidomych. Obdarzony był wybitną inteligencją. Ówczesne dzieła teologiczne i geometrię opanował słuchając wykładów, kazań i dzięki pomocy lektorów. Posługiwał się językiem greckim. Był wybitnym teologiem Kościoła Koptyjskiego.
Napisał wiele prac egzegetycznych i teologicznych, m.in.: "O Duchu Świętym", "Przeciw manichejczykom", "O Trójcy Świętej".
Był też komentatorem proroków Starego Testamentu, Psalmów oraz Ewangelii Mateusza i Jana. Jego komentarze biblijne przetrwały we fragmentach.
Przez kilka lat był rektorem Szkoły Katechetycznej w Aleksandrii.
Max Schofler tak pisze o nim:
"Didymus z Aleksandrii (308-398) stracił wcześnie wzrok jako dziecko. Szczególne jego upodobania dotyczyły geometrii. Opracował on kilka znakomitych dzieł matematycznych. Na przodujących uniwersytetach owych czasów, studiował filozofię i teologię. Jego rozgłos jako uczonego i mówcy był tak duży, że został powołany na sławny uniwersytet w Aleksandrii".
 Mimo że nie widział od wczesnego dzieciństwa, dzięki pracy naukowej zapewnił sobie stałe miejsce w historii Kościoła.
 Max Schofler przytacza przykład jeszcze jednego niewidomego księdza. Czytamy:
 "Nikasius z Mechelu (1440-1492) studiował na uniwersytecie w Loewen i uzyskał tamże tytuł magistra filozofii, licencjat teologii i doktorat obu praw. W Mechelu kierował szkołą. Na polecenie niemieckiego cesarza Fryderyka III wykładał później w kolońskiej akademii, prawo kościelne i cywilne. Pomimo jego ślepoty zezwolił mu papież na przyjęcie święceń kapłańskich".
 

 Róża Czacka (matka Elżbieta)

 
Róża Czacka urodziła się 22 października 1876 roku w Białej Cerkwi na Ukrainie. Pochodziła z arystokratycznej rodziny o patriotycznych i społecznikowskich tradycjach. Od urodzenia miała słaby wzrok - wrodzoną krótkowzroczność. Stan jej wzroku ulegał stałemu pogarszaniu. Ostatecznie utraciła go po upadku z konia, kiedy miała 22 lata. Uczyła się w domu i zdobyła lepsze wykształcenie od większości swoich rówieśniczek, również tych z rodzin arystokratycznych. Jej wykształcenie nie ograniczało się do przedmiotów teoretycznych. Dzięki mądrości swego ojca poznała również praktyczną wiedzę o życiu, w tym zasady gospodarowania. Wiedza ta bardzo się jej przydała w późniejszej działalności.
Kiedy definitywnie okazało się, że widzieć już nie będzie, rozpoczęła systematyczne poznawanie problematyki niewidomych. Opanowała pismo punktowe, 10 lat podróżowała po Europie i zapoznawała się z działalnością na rzecz niewidomych oraz funkcjonowaniem szkolnictwa i innych placówek dla niewidomych. W ten sposób przygotowywała się do zajęcia się niewidomymi w Polsce. Została tyflologiem o bardzo otwartym umyśle. Wprowadzała nowoczesne metody nauczania niewidomych. Jako pierwsza na ziemiach polskich sprawy wychowania, szkolenia i opieki nad niewidomymi zaczęła rozwiązywać w sposób naukowy.
Do jej wielkich osiągnięć zaliczyć należy przede wszystkim założenie w 1910 roku Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi, które zarejestrowane zostało w 1911 r. Towarzystwo podjęło wiele nowatorskich działań na rzecz niewidomych, powołało wiele instytucji i w dalszym ciągu rozwija się wspaniale. Prowadzi placówki dla niewidomych w Polsce i w kilku innych krajach.
Towarzystwo już przed pierwszą wojną światową oraz w okresie międzywojennym prowadziło placówki opiekuńcze i wychowawcze (dom opieki, ochronkę dla dzieci, warsztaty, szkołę dla niewidomych). W 1913 r. założyła pierwszą w Polsce bibliotekę dla niewidomych.
W 1918 r. założyła Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, którego zadaniem jest praca wśród niewidomych. Zgromadzenie pracuje na rzecz niewidomych w dalszym ciągu i wspiera działalność Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Polsce i w kilku innych krajach.
W 1922 roku zorganizowała zakład w Laskach, do którego przeniosła szkołę z Warszawy.
W 1925 zainicjowała pierwszą w Polsce powszechną rejestrację niewidomych.
Dostosowała system pisma punktowego do języka polskiego i opracowała system polskich skrótów ortograficznych. W 1934 r. doprowadziła do zatwierdzenia systemu i skrótów przez władze oświatowe.
W roku 1945 podjęła odbudowę zakładu w Laskach, który został zniszczony w czasie działań wojennych.
W 1950 r. w związku ze złym stanem zdrowia zrezygnowała z kierowania powołanymi dziełami.
Zmarła w Laskach w dniu 15 maja 1961 r. Trwa proces kanonizacyjny matki Elżbiety.
 
 ***
 
Róża Czacka (Matka Elżbieta) napisała w 1935 r.:
"Jako wzór najracjonalniej rozwiązujący sprawę niewidomych i najodpowiedniejszy dla naszych stosunków, wybrałam scciation Valentin Hauy, którego twórcą był wybitny niewidomy Maurycy de la Sizeranne, świetny organizator i autor wielu cennych dzieł tyflologicznych i gorący katolik. (...) W okresie przygotowawczym nawiązałam z nim kontakt, najpierw przez korespondencję, potem osobiście. Jemu zawdzięczam w pierwszej mierze kierunek fachowy instytucji".
Jak słuszne założenia przyjęła Róża Czacka, jak ważne i trwałe dzieła powołała, niech świadczy działalność Zakładu w Laskach i obecna działalność Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi.
Nie ma możliwości szczegółowego omówienia wszystkich form działalności sióstr, Ośrodka i Towarzystwa. Musiałaby powstać odrębna książka. Dlatego omówię tylko najważniejsze z nich.
Podstawową działalnością Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi i sióstr franciszkanek jest nauczanie niewidomych dzieci i młodzieży. Prowadzone są: przedszkole, szkoły podstawowe, gimnazja i szkoły średnie.
Jeszcze tylko krótki opis działalności Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, a raczej fragmentów tej działalności. Towarzystwo prowadzi Ośrodek Szkolno-Wychowawczy w Laskach, a to dzieło, jak można się przekonać z wymienienia jego placówek, jest imponujące. Nie wyczerpuje jednak całokształtu działalności Towarzystwa.
Oprócz działalności na rzecz niewidomych dzieci i młodzieży, Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi udziela pomocy w różnych formach dorosłym osobom z uszkodzonym wzrokiem.
Dział Niewidomych Dorosłych prowadzony w ścisłej współpracy ze Zgromadzeniem Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża współpracuje z Krajowym i Diecezjalnym Duszpasterstwem Niewidomych, podejmuje działania na rzecz środowiska niewidomych: absolwentów Lasek i innych ośrodków, innych osób niewidomych oraz osób nowo ociemniałych. Dział ten prowadzi działalność charytatywną na rzecz środowiska niewidomych i świadczy różnego typu pomoc doraźną - zakupy, sprzątanie, sprawy lekarskie, urzędowe itp. Na terenie Warszawy prowadzi stołówkę, z której korzystają mieszkanki domu przy ul. Piwnej, osoby przychodzące z miasta oraz osoby, którym posiłki dostarczane są do domu. Pomocą objęte są osoby starsze, chore, samotne oraz niektóre rodziny wielodzietne.
Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi prowadzi też następujące placówki:
a) Zakład Opiekuńczo-Rehabilitacyjny dla Niewidomych Kobiet w Żułowie, który ma status domu pomocy społecznej oraz Warsztaty Terapii Zajęciowej funkcjonujące przy tym zakładzie,
b) Dom dla Niewidomych Mężczyzn w Niepołomicach,
c) Ośrodek Rehabilitacyjno-Wypoczynkowy w Sobieszewie dysponujący 102 miejscami, w którym organizowane są turnusy rehabilitacyjne i wypoczynek.
Zgromadzenie udziela też pomocy niewidomym w innych krajach. Wymieniam zagraniczne placówki, w działalność których angażują się Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża: we Włoszech (Asyż), w Indiach (Bangalore i Kotagiri), na Ukrainie (Stary Skałat, Charków, Żytomierz), w RPA (Siloe) oraz w Rwandzie (Kibeho).
 

Ks. Robert Hedzyk

 
Sylwetkę ks. Roberta Hedzyka przedstawiam na podstawie fragmentów rozmowy z kapłanem opublikowanej w miesięczniku "Wiedza i Myśl" w lutym i w marcu 2013 r. Jest to bardzo interesująca rozmowa. Warto zapoznać się z nią w całości. Osoby zainteresowane znajdą ją w wyżej podanych numerach "Wiedzy i Myśli".
Najpierw jednak kilka podstawowych informacji dotyczących ks. Roberta.
Urodził się w Bydgoszczy w 1968 r. Szkołę podstawową ukończył w Bydgoskim Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Niewidomych. W latach 1982-86, uczył się w Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika w Bydgoszczy. Jest to liceum ogólnodostępne. Wzrok miał słaby od dzieciństwa i tracił go stopniowo aż do całkowitej ślepoty. W 1986 został przyjęty do Prymasowskiego Wyższego Seminarium Duchownego w Gnieźnie.

Z ks. Robertem Hedzykiem rozmawia Stanisław Kotowski.
S.K. - Jest Ksiądz osobą niewidomą. Znałem ociemniałych księży, ale Ksiądz studiował w seminarium duchownym jako niewidomy. Jest to inna jakość, inne problemy i inne decyzje życiowe.
 Nie jest łatwo być księdzem w obecnych czasach. Myślę, że być niewidomym księdzem jest bez porównania trudniej. Chcę prosić Księdza o opowiedzenie o swojej działalności duszpasterskiej, o trudnościach i ograniczeniach w tej pracy oraz o sposobach przezwyciężania trudności.
Zanim jednak będziemy rozmawiali o działalności niewidomego księdza, proszę opowiedzieć o swojej drodze do kapłaństwa i w ogóle o sobie, jako młodym człowieku, który z niepełnosprawnością musiał zdobywać wykształcenie ogólne i uczyć się pokonywać skutki niepełnosprawności. W ten sposób nasi czytelnicy będą więcej wiedzieli o Księdzu Robercie i lepiej rozumieli funkcjonowanie niewidomego księdza.
Czy możemy przyjąć taki porządek naszej rozmowy?
 
R.H. - Oczywiście, tak będzie dobrze.
 
S.K. - Dziękuję. Proszę więc powiedzieć, jaki jest stan wzroku Księdza. W naszym kraju, zdecydowana większość niewidomych wcale dobrze widzi, a to przecież czym innym jest być niewidomym, a czym innym osobą słabowidzącą.
 
R.H. - Jestem zupełnie niewidomy. W dzieciństwie miałem resztki wzroku, określane przez lekarzy jako 0,5 proc.
 
S.K. - Jest Ksiądz osobą całkowicie niewidomą. To z pewnością nie ułatwia pracy duszpasterskiej, niczego nie ułatwia, więc i tej pracy również. O tym jednak nieco później. Teraz proszę powiedzieć, od kiedy Ksiądz jest niewidomy?
 
R.H. Jestem niewidomy od urodzenia. Resztki, o których wspominałem, utraciłem około osiemnastego, dwudziestego roku życia.
 
S.K. Jak więc zdobywał Ksiądz wykształcenie - szkoła podstawowa, średnia i seminarium duchowne, może jeszcze inna uczelnia?
 
R.H. - Skończyłem szkołę podstawową w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Niewidomych w Bydgoszczy. Potem było II Liceum Ogólnokształcące im. Mikołaja Kopernika - również w Bydgoszczy. Po drodze spróbowałem swoich sił w Szkole Podstawowej nr 16 w Bydgoszczy, ale po trzech miesiącach wróciłem do ośrodka. Było to na początku klasy siódmej. Taki sobie eksperymencik podjęliśmy z rodzicami po rozmowie ze szkolnym psychologiem. Nie wyszło, ale było to dla mnie jakieś doświadczenie.
 
 ***
 
S.K. - Jak wyglądała Księdza dalsza nauka?
 
R.H. - Po maturze wstąpiłem do Prymasowskiego Wyższego Seminarium Duchownego w Gnieźnie. Później były jeszcze podyplomowe studia dziennikarskie na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.
 
S.K. - Czy przez cały czas nauki stosował Ksiądz metody bezwzrokowe?
 
R.H. - Tak. Pisałem brajlem, później na studiach także nagrywałem czytane przez kolegów materiały. W szkole średniej były jeszcze dostępne niektóre podręczniki w wersji brajlowskiej, które wypożyczałem w Bibliotece Ośrodka dla Niewidomych. Podczas studiów był taki przedmiot, który wymagał obszernego skryptu i wtedy z pomocą przyszło mi Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, które sfinansowało jego brajlowską adaptację.
Studia podyplomowe to zupełnie inne czasy. Tutaj pomagałem sobie notatnikiem brajlowskim i komputerem.
 
S.K. - Proszę coś więcej opowiedzieć o okresie ucznia-Roberta, Roberta-licealisty, Roberta-alumna czy studenta. Czy spotykał się Ksiądz z życzliwością i pomocą? Kto Księdzu pomagał - koleżanki i koledzy. nauczyciele, inne osoby?
 
R.H. W szkole podstawowej szło mi nie najgorzej. Zawsze miałem świadomość, że byłem w pewnym sensie uprzywilejowany. Ja po lekcjach wracałem do domu, a większość moich kolegów pozostawała w internacie. W związku z tym miałem możliwość rozszerzania moich zainteresowań. W tamtych czasach dla kogoś, kto nie korzystał ze wzroku, podstawowym źródłem informacji było radio, ewentualnie telewizja w pewnym zakresie, a ja byłem dość uważnym słuchaczem. To jakoś przekładało się na wyniki w nauce. Potem, w szkole średniej, szanse się wyrównały, a w pewnym sensie trochę pozostałem w tyle, bo trzeba było podciągnąć się nieco z przedmiotów, które nie były moją najmocniejszą stroną. Znacznie niższa średnia ocen dobrze ilustrowała sytuację.
Najważniejsze jednak było to, czego w liceum nauczyłem się o sobie. Usiłując zaadaptować się do nowej sytuacji, musiałem zacząć uważnie słuchać mojego otoczenia, bo mój sposób bycia nie wszystkim przypadł do gustu. Na Pańskie pytanie o ludzką życzliwość odpowiedziałbym więc nieco przewrotnie: to ja musiałem nauczyć się delikatności i wyczucia w sytuacji, kiedy nie odbierałem sygnałów pozawerbalnych. Wśród niewidomych komunikujemy się tak, że wszystko jest na ogół jasne. Kiedy osoba widząca się odzywa, zazwyczaj jest to już kolejny etap jej reakcji na jakąś sytuację, poprzedzony zwykle zmianami w spojrzeniach i mimice. Jeśli do tego ten komunikacyjny problem pojawia się na linii "jeden facet - cała klasa", to rozumie Pan, że sytuacja robi się napięta. I tak się właśnie zdarzyło ze mną. Rzecz narastała do połowy III klasy, aż w końcu zrobiło się boom, które wciągnęło do akcji wychowawczynię i otworzyło mi oczy na różne moje wady, które bez lustra społecznego jakoś do mnie nie docierały. No, ale jak już się wszystko uspokoiło, to moje relacje z kolegami z klasy stały się znacznie cieplejsze i głębsze. Bardzo mile wspominam moją klasę i do dziś mam z tego czasu prawdziwych przyjaciół, a wśród nich naszą wychowawczynię.
 
S.K. - Może zechciałby Ksiądz trochę więcej powiedzieć o tym "boom". O swoich wadach niełatwo mówić, ale może warto. Może to ułatwi innym młodym niewidomym zrozumienie siebie i łatwiejszą adaptację społeczną.
 
R.H. - Nie ma co owijać w bawełnę: egocentryzm i myślenie o sobie w zestawieniu z brakiem zwrotnych komunikatów pozawerbalnych stanowią prawdziwą mieszankę piorunującą, choć z opóźnioną nieco reakcją. Napięcie narasta z wolna, bo otoczenie nie bardzo wie, jak podejść do osobnika, który się zachowuje jak by był sam na świecie. Przez delikatność najpierw się nie zwraca uwagi na jakieś niestosowne zachowania. A potem jest trochę za późno, bo napięcie dochodzi do poziomu wybuchowego. Najgorsze, że wtedy wszystkie żale wylewają się naraz. Bardzo trudno w takich warunkach przyjąć jakąkolwiek krytykę, bo skoro wszyscy jednocześnie mają o wszystko pretensję (a przynajmniej takie można odnieść wrażenie), to znaczy, że świat się na mnie uwziął i należy się przed nim bronić. I wtedy ratunkiem jest mediacja kogoś, do kogo mam zaufanie i kto rozumie racje obu stron. Na szczęście ja miałem takie osoby.
 
S.K. - Na różnych poziomach nauki są różne problemy natury społecznej i technicznej. Jak Ksiądz pokonywał trudności w czasie studiów?
 
 R.H. - Studia to osobny rozdział. Ludzie z różnych środowisk i kolejne "progi adaptacyjne". Życzliwość kolegów wyrażała się w czasie, jaki poświęcali na wspólną ze mną naukę. Czasem nagrywali mi również materiały do nauki na kasety magnetofonowe. Przypomnę, że były to lata 1986-1992, więc o komputerach, zwłaszcza udźwiękowionych, nie było co marzyć. Pierwsze jaskółki nadleciały w 1991 roku, kiedy spotkałem się po raz pierwszy z oprogramowaniem do udźwiękowiania ekranu - naturalnie jeszcze w środowisku DOS-owym.
Studia dziennikarskie to już XXI wiek. Zupełnie inny kontakt z kolegami i koleżankami z roku. Bardziej dojrzałe relacje i pomoc, choć już raczej o charakterze wzajemnej wymiany. Ten okres również zaowocował paroma trwającymi do dziś przyjaźniami, a nawet współpracą z jednym z katolickich miesięczników, do której zaprosiła mnie właśnie koleżanka z roku.
 
S.K. - Kiedy Ksiądz uświadomił sobie, że ma powołanie do kapłaństwa?
 
R.H. - To było jesienią 1983 roku. Byłem wtedy w II klasie liceum.
 
S.K. - To bardzo wcześnie. Jak rodzina i szerzej otoczenie Księdza przyjęło ten fakt? Ostatecznie mało kto miał okazję spotkać niewidomego księdza.
 
R.H. - Rodzina była, oczywiście, zaskoczona, tym bardziej że świadomie budowałem ich przekonanie o tym, że wybieram się na filologię germańską. Taka "przykrywka" była mi zresztą potrzebna także w szkole, gdzie ujawnienie zamiaru podjęcia studiów w seminarium duchownym niosłoby ze sobą ryzyko poważnych kłopotów. Był to jeszcze okres świetnie się mającego komunizmu z jego aparatem bezpieczeństwa. Taki "pan aparat" pracował zresztą w naszej szkole, o czym miałem okazję przekonać się na własnej skórze.
Inni z mojego otoczenia, znający mnie nawet dość długo, ale chyba nie dość dobrze, prorokowali mi szybkie opuszczenie seminarium w celu założenia rodziny (śmiech). Jeszcze inni cieszyli się razem ze mną.
 
S.K. - Czy miał Ksiądz jakiegoś przewodnika duchowego, który wspierał dążenia niewidomego Roberta, żeby został księdzem? Jeżeli tak, kto to był i jak podchodził do tego zagadnienia. Dla niego też chyba była to jakaś nowość.
 
R.H. Jeśli nawet była to nowość dla mojego ówczesnego spowiednika, nie dawał mi tego odczuć. Wiedzieliśmy, że wszystko zależy od tego, jak władze kościelne podejdą do sprawy, ale to była jedyna kwestia, która się pojawiała. Mój spowiednik traktował mnie zupełnie zwyczajnie, bez szczególnego akcentowania mojej ślepoty.
 
S.K. - A może dla młodego Roberta jakimś wzorcem był Didym, zwany Ślepym?
 
R.H. Proszę mnie nie przeceniać. Mając piętnaście lat o Didymie nawet nie słyszałem. Poza tym dla mnie nie miało najmniejszego znaczenia, że będę najprawdopodobniej jednym z niewielu księży, wyświęcony jako niewidomy. Potem okazało się, że jestem pierwszy w Polsce. Wiem natomiast o dwóch innych niewidomych wyświęconych na księży: jeden w Stanach, a drugi we Włoszech.
 
S.K. - Proszę powiedzieć, z jakim przyjęciem spotkał się młody Robert, kandydat na księdza ze strony władz seminarium duchownego, i szerzej władz Kościoła?
 
R.H. - Z moim wstąpieniem do seminarium ciekawostka polegała na tym, że w tym samym roku, kiedy ja podjąłem decyzję o wstąpieniu do seminarium, w Kościele wprowadzono nowy Kodeks Prawa Kanonicznego, o czym wówczas nie wiedziałem. Według starego kodeksu z roku 1917 właściwie nie powinienem zostać przyjęty do seminarium, ponieważ byłem niewidomy. Nowy kodeks natomiast decyzję o przydatności kandydata do kapłaństwa pozostawiał w rękach biskupa diecezjalnego. W Archidiecezji Gnieźnieńskiej, do której wówczas należało moje rodzinne miasto, był nim ówczesny prymas, abp Józef Glemp, któremu do tej pory jestem wdzięczny za jego odważną decyzję o przyjęciu mnie na studia.
Jest i pewien smaczek, który tu Panu sprzedam: dyspensa - owszem - była potrzebna, ale nie z powodu wzroku. Kanoniczny wiek, niezbędny do przyjęcia święceń kapłańskich to dwadzieścia pięć lat. Biskup diecezjalny może udzielić dyspensy, jeśli kandydatowi brakuje do tego wieku najwyżej rok. Ja w chwili święceń nie miałem skończonych dwudziestu czterech lat, więc potrzebna była dyspensa papieska. Jak widać, są ważniejsze rzeczy niż to, czy ktoś widzi, czy nie. (śmiech)
 
S.K. - To niezwykłe. Niewidomi częściej z opóźnieniem osiągają cele życiowe niż je przyśpieszają, a Ksiądz swój cel osiągnął szybciej niż inni.
 
R.H. - Nie ma w tym żadnej mojej zasługi. Kiedy rozpoczynałem szkołę podstawową, w bydgoskim ośrodku dla niewidomych nie było naboru do pierwszej klasy i zupełnie poważnie rozważano możliwość wysłania mnie do szkoły w Owińskach. Na szczęście rodzice - słusznie - nie wyobrażali sobie, żeby mieszkając w mieście, gdzie istnieje odpowiednia szkoła, posłać dziecko do internatu, gdzieś pod Poznaniem. I tak, na mocy uzgodnień z dyrekcją ośrodka w Bydgoszczy, podjąłem naukę, przerabiając w pierwszym roku edukacji zakres klasy pierwszej i drugiej. Nie byłem zresztą jedynym uczniem, który wtedy tak właśnie rozpoczynał szkołę podstawową.
 
S.K. - Wróćmy jeszcze do nauki. Jak kleryk Robert radził sobie z nauką w seminarium - mnóstwo tekstów filozoficznych, teologicznych i innych, w tym chyba sporo łaciny?
 
R.H. - Jako jednostka odporna umysłowo przyjmowałem to, co konieczne. Nie, żebym lekceważył wiedzę teologiczną, ale nie jestem typem naukowca, o czym wie każdy, kto mnie choć trochę zna. Studia ukończyłem na przyzwoitym poziomie, ale ponieważ nie było wówczas takiego wymogu, pracy magisterskiej już nie napisałem. - Może kiedyś będzie czas to nadrobić...
A łacina nigdy nie była moim konikiem, skoro Pan pyta (śmiech).
 Co do materiałów, to opierałem się na własnych notatkach, na tekstach, które przepisywałem ze skryptów oraz na życzliwej pomocy kolegów, którzy nagrywali mi niektóre podręczniki na kasety. Jedynym podręcznikiem, jaki był osiągalny w brajlu była wówczas "Historia filozofii" Tatarkiewicza. Był też jeden skrypt, który, jak to już Panu mówiłem, został wydrukowany w brajlu dzięki finansowej pomocy Towarzystwa Przyjaciół Niewidomych w Laskach, a konkretnie dzięki życzliwości śp. Pani Elżbiety Morawskiej.
 
S.K. - Jestem wyjątkowo kiepski do opanowania języka obcego. Czy Ksiądz też ma z tym trudności? A może taka nauka przychodzi Księdzu łatwo? Spotkałem kiedyś młodego niewidomego Hiszpana. Znał on kilka obcych języków i uczył się polskiego. Twierdził, że koniecznie chce z Papieżem Janem Pawłem II porozmawiać, i to właśnie po polsku.
 
 ***
 
S.K. - Poznaliśmy dzieciństwo i młodość księdza Roberta, a także jego drogę do kapłaństwa. Teraz mamy już wykształconego księdza Roberta. Porozmawiajmy zatem o Jego pracy. Czym się Ksiądz zajmuje? Jak radzi sobie z tekstami liturgicznymi i ze wszystkim, co w pracy kapłańskiej domaga się wzroku?
 
R.H. Zostając księdzem, nigdy nie da się do końca przewidzieć, co nam przyjdzie robić w życiu. Standardowa posługa duszpasterska jest mniej więcej przewidywalna, ale z Panem Bogiem nie należy czuć się zbyt bezpiecznie (śmiech). Przez pięć lat byłem wikariuszem parafialnym. Przez dwa lata uczyłem religii w bydgoskim Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Niewidomych.
W 1998 roku opuściłem moją rodzinną archidiecezję i przeniosłem się do Diecezji Pilzneńskiej w Czechach. Tamtejszy biskup przyjmował u siebie kapłanów pragnących wstąpić do stowarzyszenia wiernych pod nazwą "Koinonia Jan Chrzciciel", do którego czułem się powołany. Jak Pan więc widzi, nawet będąc księdzem, ciągle odkrywa się konkretny wymiar tej posługi. Wspólnota, o której mówię, należy do szeregu stowarzyszeń, powstałych po II Soborze Watykańskim. Mamy nasze domy w różnych częściach świata: poza Europą (Włochy, Słowacja, Czechy, Polska, Hiszpania) wspólnoty życia konsekrowanego Koinonii znajdują się również w USA, Meksyku, Izraelu i RPA. W wielu innych krajach mieszkają także świeccy członkowie naszej wspólnoty. Podstawowym przedmiotem naszej działalności jest szeroko pojęta ewangelizacja. Prowadzimy więc rekolekcje, misje i kursy ewangelizacyjne. Ja zajmuję się również działalnością dziennikarską: publikuję w miesięczniku "Nasz Głos", redaguję także wspólnotowy kwartalnik. Poza tym publikuję podcasty o tematyce religijnej na stronach Radia Wnet.
Co do liturgii, najpierw posługiwałem się tekstami przepisywanymi na maszynie brajlowskiej, potem je drukowałem na brajlowskiej drukarce komputerowej. W końcu przyszedł czas notatników brajlowskich, a wreszcie iPhone'a, iPada i przenośnej linijki brajlowskiej. W międzyczasie teksty liturgiczne pojawiły się w internecie, dzięki czemu dzisiaj wystarczy połączyć się z odpowiednią stroną, skopiować tekst i zapisać w pamięci komputera lub iPada. I już.
 
S.K. - Nie zrozumiałem, czy Ksiądz teraz pracuje w Czechach?
 
R.H. - Nie. Mieszkam w Polsce, ale jak każdy ksiądz, mam swoją przynależność diecezjalną, którą fachowo określa się terminem "inkardynacja". Jestem więc przypisany do diecezji pilzneńskiej, ale za zgodą mojego biskupa i przy aprobacie władzy kościelnej w miejscu mojego zamieszkania przebywam tam, gdzie posyła mnie moja wspólnota. Najpierw więc były to Włochy, gdzie mieszkałem przez ponad półtora roku. Od sierpnia 1999 r. jestem znowu w Polsce, a po drodze miałem różne kilkumiesięczne epizody posługi w różnych innych krajach.
 
S.K. - To ma Ksiądz interesującą pracę. Mógł Ksiądz poznać różne kraje i różnych ludzi. Z pewnością, oprócz tego, że praca ta jest interesująca, jest również niełatwa.
 
 ***
 
S.K. W pracy duszpasterskiej z pewnością występują czynności, które trudno jest wykonywać bez wzroku. Mam na myśli, np. udzielanie Komunii Świętej, chrzczenie niemowląt, prowadzenie procesji czy pogrzebu. Z pewnością nie wymieniłem wszystkich takich czynności. Ksiądz jako nauczyciel, dziennikarz czy rekolekcjonista może nie wykonuje podobnych czynności, ale jako wikariusz chyba musiał je wykonywać. Proszę powiedzieć, jak Ksiądz sobie radzi w takich sytuacjach.
 
R.H. - Praca duszpasterska była i jest elementem mojej normalnej posługi. Chrzty, śluby i pogrzeby zdarzają się ciągle, a żeby sobie radzić w tych sytuacjach, trzeba mieć osoby, które mogą przyjść z pomocą. W parafii to byli ministranci albo kościelny. Dzisiaj - bracia i siostry ze wspólnoty i osoby, które na bieżąco spotykam w miejscach, gdzie mam sprawować rozmaite posługi. Komunii Świętej udzielam na rękę, co powoli przyjmuje się również w Polsce, a co w moim wypadku nie stwarza żadnych nieporozumień, zwłaszcza kiedy sytuacja zostaje wcześniej wyjaśniona uczestnikom liturgii. To wszystko naprawdę nie jest aż takie trudne.
 
S.K. - Czy w czasie wykonywania obowiązków duszpasterskich spotkały Księdza jakieś przykre przygody związane z niepełnosprawnością? A może jakieś zabawne przygody? Proszę o nich opowiedzieć naszym czytelnikom.
 
R.H. - Podczas jednego z kursów ewangelizacyjnych, jakie prowadziliśmy pod Warszawą, podeszła do mnie jedna z uczestniczek (był to chyba trzeci dzień tego kursu) i zapytała mnie, czy nie mam przypadkiem jakichś problemów ze wzrokiem. Ale nie była pewna (śmiech). Ludzie nie od razu się orientują, że "coś jest nie tak". Nawet moi znajomi często zapominają, że ja nie widzę. Wie Pan, ja chyba instynktownie unikam identyfikowania mnie jako niewidomego, a nawet, proszę się nie zgorszyć, jako księdza.
Gdybym chciał "sformatować" moje funkcjonowanie do tych dwóch kategorii: "niewidomy" i "ksiądz", to mogłoby się okazać, że stworzyłbym wokół siebie podwójną "zaporę ogniową", nie do przejścia dla każdego, kto obawia się kontaktu z niewidomym, a z niewidomym księdzem w szczególności. Oczywiście nie ukrywam ani mojej ślepoty, ani - tym bardziej - faktu, że jestem księdzem, ale staram się, żeby jedno i drugie przydawało się na coś w moim kontakcie z ludźmi, i żeby mnie od nich nie izolowało. Niewidomy, który ze ślepoty robi część swojego image, sam pcha się w szufladki stereotypów. Ksiądz, który chowa się za swoim urzędem, zamiast być znakiem obecności Pana Boga, często Go sobą zasłania. A jeśli Pan pyta o nieprzyjemne sytuacje, to zdarzyło się, że ktoś usiłował wykazać, że ponieważ jestem niewidomy, to sprawowane przeze mnie sakramenty są nieważne. Ot - są ludzie i ludziska.
 
 S.K. - Wiele widziałem i sporo wiem o ludzkich reakcjach na niepełnosprawność, zwłaszcza na ślepotę, ale żeby wątpić, że sakramenty mogą być nieważne z tego powodu... To trudno zrozumieć.
 
R.H. - To kwestia nastawienia. A wracając do przygód, zdarzyło się kilka razy, że nowoczesna technika zostawiła mnie na przysłowiowym lodzie. Pewnego razu, kiedy sprawowałem mszę w latynoskiej wspólnocie pod Chicago, mój ówczesny notatnik brajlowski po prostu przestał działać. Była to jedna z pierwszych mszy, jakie sprawowałem po hiszpańsku, więc nie czułem się na tyle swobodnie, żeby improwizować, zwłaszcza w kluczowych momentach. Formułę przeistoczenia po prostu wyrecytowałem po polsku, a z resztą jakoś sobie poradziłem po hiszpańsku. A że awaria była dość poważna, musiałem sobie poradzić także następnego dnia, a prowadziłem wówczas dzień skupienia dla wspólnoty charyzmatycznej w Portwein w stanie Indiana (również po hiszpańsku). Na szczęście miałem na świeżo w pamięci notatki, które sobie na tę okazję przygotowałem. Wiem, że niektórzy właśnie z powodu ryzyka takich przygód wolą mieć wszystko na papierze, ale podróżując i na bieżąco przygotowując się do różnych spotkań nie wyobrażam sobie ciągnięcia ze sobą drukarki brajlowskiej.
I taka mnie refleksja nachodzi, kiedy Panu o tym opowiadam: jeszcze dziesięć lat temu pewnie bym po prostu miał ze sobą tabliczkę i rysik, a teraz mi to nawet do głowy nie przychodzi (śmiech).
 
 ***
 
 Jeszcze raz podkreślam, że warto zapoznać się z całą rozmową, z doświadczeniami i przemyśleniami ks. Roberta Hedzyka. Niestety, w tej publikacji musiałem się ograniczyć do zaprezentowania tylko fragmentów.
 

 Ks. Janusz Grajek

 
 Sylwetkę ks. Janusza Grajka przedstawiam na podstawie publikacji "Droga" - "Pochodnia", grudzień 1999 r.
Jest to opowiadanie ks. Janusza o swojej drodze życiowej, którą notowała Anna Kaźmierczak. Oto fragmenty tej wypowiedzi:
 
Droga
 Ksiądz Janusz Grajek urodził się 2 XI 1959 r. Od 7. roku życia choruje na cukrzycę. W scenerii ogrodu bydgoskiej sekcji Wydziału Teologicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, przy kawie, w pogodnym nastroju ks. Janusz opowiada:
W szkole byłem zwyczajnym chłopakiem. Przepadałem za czytaniem książek, głównie tych z wartką akcją. Lubiłem też majsterkować. W przyszłości chciałem być lekarzem, żeby pomagać ludziom. Ale w trzeciej klasie liceum usłyszałem od Pana: "Pójdź za mną". W pierwszej chwili powiedziałem: "Ale gdzie tam! Mam inne plany".
Z powodu cukrzycy o zgodę na przyjęcie do seminarium trzeba było wystąpić do ks. prymasa Stefana Wyszyńskiego. W 1978 r. wstąpiłem do Prymasowskiego Wyższego Seminarium w Gnieźnie. Pracę magisterską pisałem z historii kościołów bydgoskich: "Rozwój sieci parafialnej miasta Bydgoszczy". 2 VI 1984 r. otrzymałem święcenia kapłańskie z rąk prymasa Józefa Glempa.
Moją pierwszą placówką był Powidz, ale przepracowałem tam tylko dwa letnie miesiące. W Wągrowcu, gdzie podjąłem pracę po wakacjach, nauczałem dzieci katechezy. Okazało się, że dzieciaki to sama radość. Przygotowywałem je do Pierwszej Komunii św. Miałem stu ministrantów. Po dwóch latach mojej pracy, gdy pewnego dnia stanąłem przy ołtarzu, nie mogłem odczytać ani jednej litery z mszału ani lekcjonarza. Musiałem odejść. Wtedy nastąpił szok i bunt. Przez półtora roku lekarze walczyli o moje oczy. Czułem się jak bezbronne, małe dziecko. Pomogli mi przyjaciele. Inaczej chyba waliłbym głową w mur.
Proboszcz z mojej parafii ks. Andrzej Rygielski pozwolił mi jednak zostać, a wikary - ks. Roman Siuchniński - był ze mną na co dzień na każde zawołanie. Pomagali mi też ministranci i lektorzy. Walka o choćby częściowe zachowanie wzroku trwała parę miesięcy. Mój pobyt na okulistyce w Paryżu sponsorował ks. prymas Józef Glemp. Brałem tabletki, zastrzyki, korzystałem z lasera. To przywróciło mi nieco wzroku, ale nie mogłem już katechizować. Pozostałem w parafii i służyłem, jak umiałem, głosząc kazania, odprawiając msze. Wszystkiego trzeba było się uczyć od początku. Wtedy odprawiłem pierwsze rekolekcje, najpierw w Wągrowcu, potem na Kapuściskach w Bydgoszczy. Myślałem, że brak wzroku da się pogodzić z pełnieniem funkcji kapłańskich, że temu sprostam. Wągrowiec trzeba było jednak opuścić, bo posłuszeństwa odmówiły mi nerki, a tam nie było stacji dializ. Dzięki życzliwym ludziom przyjął mnie na dializy szpital Biziela w Bydgoszczy, co w tamtych czasach nie było takie proste, ponieważ na stacjach dializ nie przyjmowano cukrzyków z powodu braku miejsc i sprzętu. Trzy razy w tygodniu jeździłem do szpitala na 4 godz. dializy. I znów wydało mi się, że jakoś tutaj się zaaklimatyzowałem, że znalazłem miejsce, gdzie mogę pomagać. Jednak cukrzyca odezwała się ponownie w postaci martwicy lewej nogi, którą amputowano mi w 1990 r. Kolejna amputacja nastąpiła dwa lata później. Byłem już u kresu wytrzymałości. Tak jak przedtem umiałem sobie wszystko zorganizować, tak teraz nie mogłem sobie wyobrazić, jak będę odprawiał msze, jeździł do parafii albo jak wygłaszał kazanie na siedząco. I nagle przyszło olśnienie. Pomyślałem, że jeżeli nie zaufam Panu Jezusowi, to cała moja dotychczasowa praca pójdzie na marne. Pojąłem, że trzeba przyjąć cierpienie i wszelkie zło, i wykorzystać je dla dobra własnego i drugiego człowieka.
Kiedy zaczynałem dializy, wróżono mi nie więcej niż 3-4 lata życia. Obecnie jestem już dializowany 12. rok i jakoś się trzymam. Myślę, że dzięki temu, iż ja po prostu uwierzyłem. Jezus Chrystus daje mi tę moc, tę siłę, że mogę pracować w domu. Często wygłaszam kazania w różnych parafiach, prowadzę rekolekcje, szczególnie w Wielkim Poście. Dzięki mojej wierze znajduję jakąś siłę, która mi na to pozwala.
W domu poruszam się sam, samodzielnie też korzystam z wanny. Jedyną przeszkodą jest czwarte piętro, na którym mieszkam, i brak windy. Na dół zejdę przy pomocy taty. Na górę, jak trzeba, to też wejdę, ale trwa to troszkę dłużej, bo mama musi wówczas zejść z taboretem i co półtora piętra muszę sobie 2-3 min. odetchnąć, ale to też da się zrobić. Tylko, że rodzice są coraz starsi. Gram czasami w totolotka. Jakbym wygrał, kupiłbym sobie mieszkanie na parterze albo na I piętrze. Chcieliśmy się zamienić, ale mało jest takich, którzy mieliby ochotę przyjść na nasze miejsce, a jeśli są propozycje, to dotyczą odległych dzielnic. Tymczasem ja jestem w tym środowisku już znany i zakotwiczony. Odejście z centrum miasta pociągnęłoby za sobą kłopoty z dojazdami. Nie mam kaplicy domowej, tylko zgodę na odprawianie mszy prywatnej (odprawiam ją z pamięci, kazanie także). Brajla wprawdzie znam, ale zaburzenie czucia, spowodowane cukrzycą, uniemożliwia mi sprawne posługiwanie się tym pismem. Z pamięcią, na szczęście, nie mam na razie najmniejszych kłopotów. Pomagają mi przede wszystkim rodzice. Tata jest od ciężkich robót, a mama od lżejszych. Jest moim lektorem w przygotowaniu kazań, nagrywa do nich materiał, pełni też funkcję kościelnego i ministranta. Odprawianie mszy w kościele byłoby dla mnie za trudne ze względu na schody.
Swego czasu otrzymałem propozycję od dyrektora Instytutu Kultury Chrześcijańskiej ks. prałata dr. Wojciecha Szukalskiego, bym przeprowadził rekolekcje dla studentów. Zgodziłem się, choć miałem pewne wątpliwości i opory. Od tego czasu jestem tam ojcem duchowym. Ta funkcja motywuje mnie do działania, bo tam są studenci, a więc ludzie z pewną wiedzą. Mam tam też dyżury spowiednicze, msze z nauką i dni skupienia. Ta praca to moja największa radość. Dzięki niej się kształcę razem z młodzieżą. Jednak w zeszłym roku próbowałem odejść, bo wydawało mi się, że stałem się już mniej twórczy, ale młodzież mnie zatrzymała. To mnie podbudowało.
Początkowo wstydziłem się tego, że jeżdżę na wózku. Nigdy nikomu nie mówiłem o swoich przeżyciach. Aż pewnego dnia ktoś poprosił: "Powiedz o sobie trochę w czasie kazania". I rzeczywiście widzę, że ma to wpływ na innych, bo nie tylko ja jestem chory, ale jest wokół nas wielu cierpiących, dźwigających jakiś krzyż, niekoniecznie choroby, ale problemów życiowych. Tacy ludzie potem często do mnie dzwonią.
Z czasów, gdy traciłem wzrok, serdecznie wspominam ks. Zdzisława Henela, ówczesnego katechetę, jak i Pawła Bińkowskiego, ucznia VI kl., obecnie paulina poza granicami Polski. Ksiądz Maciej Gutmajer, z którym mam kontakt od 20 lat, jest u mnie przeciętnie co tydzień. Ja także często bywam u niego. Pani dr Maria Jankowska ma samochód i wielkie serce. Znamy się, od kiedy zacząłem jeździć na dializy. W czasie rekolekcji jest często ze mną, a proboszczowie nie martwią się wtedy, że mi się coś stanie. Mam też dwóch braci, którzy w każdej chwili są do mojej dyspozycji. Zawsze chętni do pomocy są również studenci, jeżeli ich o to poproszę. Tylko, że ja nie lubię prosić, ale jestem bardzo towarzyski. Lubię, gdy mnie ktoś poprosi na jakieś uroczystości rodzinne. W dni wolne od dializ telefon dźwięczy bez przerwy, co chwilę ktoś chce przyjść, porozmawiać, skorzystać ze spowiedzi, tak księża, jak i świeccy. W kontaktach z ludźmi ciąży mi czasem poczucie zależności. Szczególnie mi ono doskwiera, gdy chciałbym być gdzieś, a nie mam z kim dojechać albo brak mi odpowiedniego lektora. Psychicznie też łamie mnie fakt, kiedy się ktoś na mnie gapi. Wierzę, że niewidomych łączy więź wspólnego losu. Mogą się wzajemnie ubogacać, wymienić ze sobą cenne doświadczenie. Natomiast ich poziom moralny jest taki, jak przeciętny poziom społeczeństwa. Część z nich odrzuca pomoc wolontariuszy i niepotrzebnie szarżuje. Nie lubię być podziwiany, choć uważam, że musi istnieć jakaś równowaga między pochwałami a krytyką.
 
 ***
 
Każdy z nas patrzy inaczej na sprawę cierpienia, bo każdy z nas jest inny. Dobrze, że Pan Bóg dolewa trudności stopniowo, żeby człowiek mógł to udźwignąć. Tak sobie postanowiłem, że jeśli Pan Bóg daje tyle, że ja jestem na tej ziemi, mogę temu wszystkiemu, o czym mówiłem, sprostać, to trzeba teraz oddać to, co się dostało. Bóg mnie nigdy nie zawiódł. Zawsze podaje mi rękę i dzięki temu mogę iść dalej.
 

Podsumowanie

 
W cyklu "Z laską przez tysiąclecia" prezentuję doświadczenia niewidomych w różnych dziedzinach życia na przestrzeni tysięcy lat oraz zmiany zachodzące w traktowaniu niewidomych, w prawie dotyczącym niewidomych, instytucjach i organizacjach działających na ich rzecz. Okazuje się, że niewidomi mają osiągnięcia prawie we wszystkich dziedzinach życia, z wojskowością włącznie. Mają też doświadczenia i osiągnięcia w pracy duszpasterskiej oraz naukowe w dziedzinie teologii.
Brak wzroku z pewnością nie ułatwia niewidomym pracy duszpasterskiej ani naukowej. Ważne jest jednak, że jej nie wyklucza. Na uwagę zasługuje fakt, że trzeba było prawie dwóch tysięcy lat, żeby prawda ta została zauważona i uwzględniona w prawie kanonicznym.
Każde osiągnięcie, zwłaszcza przełamanie kolejnej bariery, zdobycie kolejnego zawodu, który wcześniej nie był dostępny, sprawdzenie się w roli artyśców, sportowców, polityków itp. oraz zmiana stereotypu, każde obalenie, chociażby częściowe jakiegoś mitu, zmiana na lepsze świadomości społecznej oraz świadomości samych niewidomych cieszy i napawa nadzieją, że korzystne tendencje będą nadal się utrzymywały. Jest to podstawa do nadziei, że egzystencja niewidomych będzie coraz lepsza, że będzie coraz mniej ograniczeń w ich życiu.