Logo 1%

Logo OPP


Logo 1%
Dołącz do nas na Facebooku

 

Z laską przez tysiąclecia (cz. 25)

Niewidomi naukowcy

SkrybaWiemy już, że byli i są niewidomi, którzy osiągnęli szczyty wirtuozerii w grze na instrumentach, w wokalistyce i kompozycji. Wiemy też o niewidomych literatach i księżach. Przyszedł więc czas na niewidomych naukowców. W tej dziedzinie znajdujemy również wielu wybitnych niewidomych i to nawet w czasach, w których nie było zorganizowanego nauczania niewidomych, a nawet nie było dostępnego dla nich pisma. Wybitne jednostki, nawet w tak trudnych warunkach, potrafiły wnosić wydatny wkład w rozwój wielu dziedzin nauki.
 

Niewidomi naukowcy starożytności, średniowiecza i czasów późniejszych do XIX wieku włącznie

 
Bogatym źródłem wiedzy o niewidomych w dawnych wiekach jest praca Maxa Schoflera "Niewidomy w życiu narodu". Czerpię z tego źródła informacje do artykułów z cyklu "Z laską przez tysiąclecia".
Autor ten pisze:
"Poza tym spotykamy w piśmiennictwie starożytnym niewidomych indyjskich i egipskich królów, którzy ukarani przez bogów za swoje przestępstwa - jak to się mówiło - stracili wzrok. W Starym Testamencie, mówi się o patriarchach Izaaku i Jakubie, wysokich kapłanach Heli, - o Tobiaszu i innych, jako o niewidomych.
 W rozmowach toskulańskich "mąż stanu M.T.Cieezo (106-48 p.n.e.), Herodot (500-424 p.n.e.) oraz inni rzymscy dziejopisarze, wymieniają nazwiska uczonych i mężów stanu, którzy nawet po utracie wzroku odegrali poważną rolę w polityce i nauce, i tak:
Asklepiades z Phlius należał do szkoły filozoficznej założonej przez Menedemusa, ucznia Platona (304 p.n.e.) w Erytrei.
Gajus Drusus był znakomitym prawnikiem i pozostał nim również po utracie wzroku. Dom jego był stale odwiedzany przez osoby, potrzebujące jego rady.
Cassius Longinus, były namiestnik Syrii, cieszył się z powodu swojej znakomitej znajomości prawa i wiedzy prawniczej, wielkim autorytetem również jako niewidomy. Stał się on niewygodnym cesarzowi Neronowi tak, że pod błahym pretekstem został wydalony z Rzymu. Za panowania zaś Wespazjana został później z powrotem powołany.
Oppius Cares należał do znakomitych znawców gramatyki. Był on niewidomy i sparaliżowany, nauczał w pierwszym wieku przed naszą erą lingwistyki.
Diodotus należał do kierunku filozoficznego stoików. Uczył on Cicerona dialektyki. Jego uczniowie wspominają go z dużym szacunkiem.
Należy jeszcze wymienić niewidomych filozofów: Demetriusa z Phaleronu, ucznia Theophrasta, Antipatrosa z Kyreny ze szkoły Aristippa starego i innych.
Następny cytat Maxa Schoflera:
"W świecie uczonych spotykamy 23 nazwiska znakomitych niewidomych. Wszyscy oni, tak jak i niewidomi artyści dźwięku, byli od urodzenia niewidomi, względnie utracili wzrok w dzieciństwie. Wielu z nich dochodziło do wysokich i najwyższych godności akademickich. Ich działalność naukowa występowała szczególnie w zakresie wiedzy: matematyki, fizyki, języków, teologii i prawa.
Jest godne podziwu, jak niewidomi ci potrafili świetnie rozwinąć swoje uzdolnienia, posługując się fenomenalną pamięcią i bardzo niedoskonałymi pomocami własnej konstrukcji, zdobywając sobie w świecie naukowym, częściowo, nieprzemijającą pamięć i nazwisko. Również i tu ograniczymy się do wymienienia tylko niektórych świetlanych przykładów.
I dalej Max Schofler pisze:
Huldreich Szoenberger (1601-1649) uczęszczał do gimnazjum w Sulzbach, a następnie na uniwersytet w Lipsku, gdzie zdobył tytuł magistra. W Kopenhadze pracował jako nauczyciel domowy, następnie udał się do Koenigsberg, gdzie wykładał filozofię. Szoenberger opanował wiele języków orientalnych. Był również obeznany w matematyce i jako znakomity uczony. Na jego grobie w katedrze w Regensburgu, znajduje się napis: "Spoczywa tu Szoenberger, który jakkolwiek niewidomy, jako uczony, nosił tysiąc par oczu w swojej piersi".
Francio Nalaval (1627-1719) oślepł w dziewiątym miesiącu życia. Studiował filozofię, teologię i prawo kanoniczne uzyskując stopień doktora. Cieszył się wysokim poważaniem u współczesnych. Brał czynny udział w założeniu akademii w Marsylii, gdzie wykładał. Pozostawił po sobie liczne pisma.
Henryk Moyes (1750-1807) studiował języki, matematykę i historię naturalną. Zdobył stopień doktora i został nauczycielem chemii i fizyki w Pittenwcen (Szkocja). Miewał na te tematy publiczne wykłady. Robił odkrycia, szczególnie w dziedzinie elektryczności.
Na tym chcielibyśmy zakończyć wspomnienia o niewidomych naukowcach, gdyż zamierzamy bardziej wnikliwie zająć się jedną ze szczególnie niezwykłych osobistości:
Mikołaj Sannderson (1682-1739) urodził się w Thurlston w Jorkshir (Anglia) i oślepł w pierwszym roku życia. Gdy został doprowadzony do szkoły, wykazał niezwykłe zdolności w matematyce i wiadomości jego nauczyciela w tym przedmiocie, okazały się wkrótce niewystarczające. Ponieważ nie posiadał środków do studiowania na uniwersytecie, poszedł jako nauczyciel do Cambridge i wykładał przed licznym audytorium o naukach Newtona, którego był osobistym przyjacielem. Za wstawiennictwem wpływowych członków uniwersytetu otrzymał godność magistra. Później został profesorem matematyki. Król Grzegorz II mianował go doktorem prawa. Sporządził sobie sam tablicę rachunkową, którą posługiwał się również do figur geometrycznych. Jego dzieło o algebrze, które zostało w 1798 roku przetłumaczone na język niemiecki przez profesora Gruesona, zawiera dokładną biografię niewidomego matematyka - wyszło po jego śmierci".
 
 Dalej Max Schofler pisze:
"Dopiero w XIX wieku postawiono sobie za zadanie, wykorzystać siły i zdolności niewidomych, celem poddania ich przeszkoleniu. Pomimo to również i ten okres miał licznych, wyróżniających się niewidomych, o których mówił Diderot: "... Jakkolwiek (niewidomi) byli pozbawieni jednego zmysłu, stali jednak tak wysoko nad innymi ludźmi, że poeci bez przesady mogli utrzymywać, jakoby zazdrośni bogowie pozbawili ich wzroku, by nie mieć sobie równych wśród śmiertelników".
 

 Niewidomi naukowcy XIX i XX stulecia

 
 Prezentuję zaledwie kilka sylwetek niewidomych naukowców, chociaż niewidomi zajmowali się i zajmują różnymi dziedzinami nauki. Uważam, że przekazywane informacje są bardzo interesujące, a jeszcze bardziej interesujące są wypowiedzi naukowców dotyczące ich życia, pracy i kariery naukowej.
 

 Franciszek Huber

 
Urodził się w 1750 r. w Genewie. Wzrok stracił we wczesnej młodości. Zajmował się działalnością naukową w dziedzinie, która zupełnie nie odpowiadała ówczesnym wyobrażeniom o możliwościach osoby ociemniałej. Obecnie też trudno to sobie wyobrazić. Zajmował się pszczelarstwem, prowadził badania życia pszczół i stworzył fundamentalne dzieła z teorii i praktyki pszczelarstwa. Pracował przy pomocy kamerdynera, który pod jego kierownictwem prowadził obserwacje, opisywał spostrzeżenia, a Franciszek Huber dokonywał analiz i uogólnień, wyciągał wnioski i planował dalsze eksperymenty oraz obserwacje.
 

Lew Pontriagin

 
Urodził się w Moskwie 3 września 1908 r., zmarł 3 maja 1988 r., był wybitnym matematykiem.
Wzrok stracił w wieku 13 lat. Pasjonował się matematyką, lubił i potrafił rysować. Teraz wydawało się to niedostępne. Mimo to zdecydował, że nadal będzie zajmował się matematyką. Wykazał się niezwykłą siłą charakteru i woli. To ułatwiło mu wykorzystanie zdolności. Wrodzona energia i wytrwała praca umożliwiły osiągnięcie szczytów matematycznej wiedzy.
Jako siedemnastoletni młodzieniec w 1925 r. rozpoczął studia uniwersyteckie, które ukończył z odznaczeniem. Już w 1932 r. został profesorem Uniwersytetu Moskiewskiego, a w 1939 r. został wybrany na członka korespondenta Akademii Nauk ZSRR.
Prace Pontriagina dotyczą topologii i teorii grup ciągłych - dziedzin matematyki z pogranicza algebry i geometrii. Dziedzinę tę nazwano imieniem Pontriagina. W związku z wykryciem prawa dwojakości, Pontriagin opracował nowy dział matematyki - teorię charakterów grup topologicznych. Teoria ta jest osiągnięciem myśli matematycznej, która wiąże w całość kilka rozległych dziedzin matematyki i przyczynia się do postępu nauki. Jego badania są klasyką matematyki.
Pontriagina pociągały skomplikowane problemy. Rozwiązał szereg bardzo trudnych zadań, m.in. piąty problem Cartana o topologicznej strukturze zwykłych nieprzerwanych grup.
W 1939 r. ukazała się monografia Pontriagina "Grupy ciągłe". Została ona przetłumaczona na język angielski i wydana przez uniwersytet w Princeton (USA). Drugim jego wielkim dziełem była praca pt. "Zasady topologii kombinowanej".
Prócz badań topologicznych prowadzonych w instytucie matematycznym Akademii Nauk ZSRR oraz zajęć z aspirantami Uniwersytetu Moskiewskiego, Pontriagin interesował się również problemami nauk stosowanych, niezwiązanymi bezpośrednio z matematyką. Przeprowadził kilka badań w dziedzinie teorii ruchów wahadłowych, mających znaczenie w radiotechnice.
Biegle posługiwał się zwykłą maszyną do pisania. Jego lektorkami były matka i żona. Nie mógł samodzielnie pisać na tablicy w czasie wykładów. Wzory i wywody pisał więc któryś ze studentów, a on potrafił śledzić zapisywanie na tablicy i poprawić omyłkę. Doskonale słyszał audytorium i wyczuwał je. Wychwytywał najmniejsze poruszenia na sali i nieoczekiwanie zadawał pytanie: "Co jest w tym dla was niezrozumiałe?" Czujność ta zmuszała słuchaczy do skupiania uwagi na wykładzie i umożliwiała przezwyciężanie trudności wynikających z braku wzroku.
Opracowałem na podstawie artykułu Włodzimierza Dolańskiego pt. "Lew Pontriagin - niewidomy matematyk" ("Przyjaciel Niewidomych" nr 6-7, 1948)
A oto fragment tego artykułu.
"Pojęcie "profesor matematyki" łączy się zazwyczaj z postacią człowieka stojącego przed tablicą i objaśniającego swój wykład wypisywaniem formuł i skomplikowanych obliczeń.
Profesor Pontriagin natomiast nie bierze kredy do ręki. W audytorium zawsze się znajdzie zdolny student, który w czasie wykładu zapisuje na tablicy to, co jest niezbędne, lecz Lew Pontriagin umie śledzić zapisywanie na tablicy jak widzący i na czas poprawi omyłkę.
Wykładowca pozostaje zwykle w kontakcie ze swym audytorium przy pomocy wzroku. Widzi, jak reaguje audytorium na jego wykład. Profesor Pontriagin natomiast nie widzi wyrazu twarzy swoich słuchaczy, lecz słyszy audytorium i wyczuwa je. Bez względu na to, jak cicho i spokojnie byłoby na wykładzie, chwyta najmniejsze poruszenie na sali, wywołane jakimikolwiek trudnościami i zupełnie nieoczekiwanie dla obcego obserwatora pada nagle pytanie: "Co jest w tym dla was niezrozumiałe?" Ta nadzwyczajna czujność w stosunku do słuchaczy przykuwa ich uwagę do wykładu".
 

 Karol Szajnocha

 
Warto chociaż w skrócie poznać losy wybitnego ociemniałego polskiego historyka Karola Szajnochy, którego prace historyczne wywierały wielki wpływ na pisarzy tworzących literaturę patriotyczną.
Urodził się w 1818 r., zmarł w 1868 r. Jako uczeń w wieku szesnastu lat dostał się do austriackiego więzienia za działalność patriotyczną. W jego mieszkaniu znaleziono mnóstwo zakazanych książek i zapiski do przyszłego dzieła o Jadwidze i Jagielle. W więzieniu zachowywał się dzielnie i godnie. Całą winę brał na siebie, nikogo nie wsypał i nie odpowiadał na pytania.
Karol Szajnocha stanął przed sądem karnym, oskarżony o uczenie kolegów historii Polski, o kolportaż wierszy patriotycznych i o napisanie kalendarzyka historycznego z datami najważniejszych wydarzeń z dziejów Polski. Został skazany na sześć lat więzienia. Karę odbywał w bardzo ciężkim więzieniu, był skuty kajdanami i przetrzymywany w ciemnościach. Jego ojca również wtrącono do więzienia, gdzie zmarł.
Wyszedł na wolność chory na reumatyzm i szkorbut. Nie mógł kontynuować nauki, gdyż nie miał prawa uczyć się w jakiejkolwiek szkole.
Po wyjściu z więzienia utrzymywał się z dawania prywatnych lekcji historii i publikowania artykułów. Zajmował się również twórczością literacką. Nie zdobył formalnego wykształcenia, był samoukiem. Cechowała go wielka pracowitość i skromność. Pracował dniami i nocami. Mieszkał pod Lwowem, w chacie wiejskiej bez podłogi. Po zawarciu małżeństwa zamieszkał we Lwowie. Przed ukończeniem czterdziestu lat zaczął tracić wzrok i po trzech latach, w 1860 r., całkowicie zaniewidział. Ale w dalszym ciągu pracował. Korzystał przy tym z pomocy lektora.
O jego charakterze świadczy list napisany do wydawcy w 1860 r., w którym czytamy: "Pracuję w moim kalectwie, jak mało kto z najzdrowszych, a jeśli mi praca nie idzie tak sporo, jakby tego wasz i mój własny interes żądał lub jeśli nie mogę przenieść na sobie, abym dawał do druku pracę nie całkiem jeszcze dojrzałą i przetrawioną - nie chciejcie poczytywać mi tego za winę".
Prace swoje pisał ołówkiem przy pomocy skonstruowanej przez siebie tablicy. Na tej tablicy układał listewki o takiej szerokości, jak wysokość liter. Po napisaniu każdego wiersza odkładał jedną listewkę i pisał wiersz następny. Tym sposobem napisał własnoręcznie wiele dzieł historycznych i literackich. Ołówkowe rękopisy zachowały się w bibliotece Ossolineum we Wrocławiu.
Karola Szajnochę wysoko cenili współcześni mu: Zygmunt Krasiński, Kornel Ujejski, Narcyza Żmichowska, Henryk Sienkiewicz. Jan Klaczko w pracy pt. "Aneksja w dawnej Polsce", wydanej w języku francuskim, pisał: "Szajnocha pozostawił ziomkom swoim w spuściźnie prześliczne dzieło głębokiej treści, bo umiał opisać ich świetne dzieje z cudownym geniuszem, a historia czasów, których dotknął wyszła spod jego pióra wyraźna i żywa. Umiał on bowiem odtworzyć przeszłe dzieje, powoływać do życia zatarte epoki i wykorzystywać z kronik lada słowo lub skromny dokument, by nadać opisowi bijący w oczy koloryt".
Był to wiek XIX. Czy jednak jego prace zachowały wartość do naszych czasów? Wielu współczesnych historyków twierdzi, że tak. Tadeusz Wojciechowski na przykład twierdzi, że "Teoria normańska" Szajnochy jest prawdziwym arcydziełem literackim. Dowody są olśniewające, erudycja świetna, a styl tak piękny, że książkę czyta się jak powieść.
Barycz pisał, że sugestywnemu urokowi dzieł Szajnochy ulegało zarówno dojrzałe pokolenie historyków, jak i generacja młodsza w osobach profesorów Władysława Konopczyńskiego, Franciszka Bujaka.
Wydawca "Jadwigi i Jagiełły" Stefan Kuczyński stwierdził, że Karol Szajnocha, obok Joachima Lelewela, otworzył nową kartę w historiografii polskiej.
Karol Szajnocha żył zaledwie 50 lat, przy czym osiem lat jako ociemniały. Mimo krótkiego życia i niepełnosprawności, pozostawił imponujący dorobek.
Warto uświadomić sobie, że nie było wówczas tyflotechniki, Maria Grzegorzewska nie napisała jeszcze "Psychologii niewidomych", nikt nie wiedział, że można uchwalić ustawę o rehabilitacji osób niepełnosprawnych i wspierać ich zatrudnienie, nie istniał Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych z programem "Komputer dla Homera" i późniejszych.
Informacje o Karolu Szajnosze opracowałem na podstawie publikacji Teofila Sygi i Stanisława Szenica zamieszczonej w "Wypisach tyflologicznych", w opracowaniu siostry Cecylii Gawrysiak.
Zamieszczam fragment tej publikacji.
"Julian Krzyżanowski twierdzi w opublikowanych świeżo "Dziejach literatury polskiej", że Szajnocha był pierwszym u nas twórcą monografii, łączących gruntowną znajomość opisywanych czasów z niezwykłymi zaletami artystycznymi. No i wreszcie - obecny wydawca "Jadwigi i Jagiełły", Stefan Kuczyński stwierdza, że Szajnocha, obok Lelewela, otworzył nową kartę w historiografii polskiej.
Szenic: Bezsporne zatem i trwałe są zasługi Szajnochy i jako uczonego historyka i jako świetnego pisarza. Nie zapominajmy jednak jeszcze o jednym wpływie jego prac na współczesnych mu, a także późniejszych pisarzy.
Syga: Nie tylko pisarzy. Wiadomo, że z inspiracji Szajnochy powstała Matejkowska "Bitwa pod Grunwaldem", nie licząc wielu płócien późniejszej sławy. Jego prace historyczne dawały natchnienie Lenartowiczowi i Pollowi, Orzeszkowej i Wyspiańskiemu, Żeromskiemu i Marii Dąbrowskiej.
Szenic: Cóż dopiero mówić o wpływie Szajnochy na prace naszych historyków. Wspomniany już Barycz wymienia z tego kręgu: Józefa Kremera, Karola Estreichera, Walerego Łozińskiego, Bolesława Limanowskiego, Antoniego Rollego, Kubalę, Jarochowskiego, Pawińskiego, Smolkę - słowem wszystkich, poza nieprzyjazną mu szkołę krakowską.
Syga: No i trzeba jeszcze przypomnieć związki między twórczością historyczną Szajnochy i twórczością powieściową Henryka Sienkiewicza. Były to związki szczególnie bliskie.
Szenic: Wiemy z licznych przekazów, że Sienkiewicz bardzo pilnie rozczytywał się w dziełach Szajnochy i wiele z nich korzystał. Nie trudno też odnaleźć pewne źródła "Krzyżaków" w "Jadwidze i Jagielle" Szajnochy, a jego szkice historyczne z XVII w. przysłużyły się w niemałym stopniu powstaniu Sienkiewiczowskiej "Trylogii".
 

Jerzy Płonka

 
Urodził się 7 czerwca 1930 r. Do szkoły podstawowej zaczął uczęszczać jako uczeń widzący, a ukończył ją jako niewidomy. Do liceum uczęszczał w Bytomiu. Po ukończeniu szkoły średniej rozpoczął pracę w Państwowym Zakładzie Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci we Wrocławiu i podjął naukę w Państwowym Instytucie Pedagogiki Specjalnej na wydziale wokalnym PWSM. Przez piętnaście lat pracował jako nauczyciel we wrocławskim ośrodku, gdzie wykorzystywał kwalifikacje zdobyte na uczelni.
Wykształcenie muzyczne mu nie wystarczało. W roku 1961 ukończył wydział matematyczno-fizyczno-chemiczny Uniwersytetu Wrocławskiego, a w 1964 r. obronił pracę doktorską. Wykazał się wybitnymi zdolnościami matematycznymi i został zatrudniony w Instytucie Matematyki PAN. W roku 1967 obronił pracę habilitacyjną.
Jerzy Płonka opublikował ponad sześćdziesiąt rozpraw naukowych. Współpracował z Uniwersytetem Wrocławskim i Politechniką Warszawską, prowadził zajęcia na uniwersytecie w Winnipeg w Kanadzie. Uczestniczył w licznych konferencjach naukowych i sympozjach międzynarodowych.
W roku 1973 rozpoczął pracę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu. Było to jego dodatkowe zatrudnienie. Mimo to poświęcił wiele czasu i wysiłku dla rozwoju uczelni, gdzie zajmował się kształceniem matematyków i organizował seminaria naukowe.
Jest twórcą pojęcia sumy systemu prostego algebr ogólnych, które znalazło uznanie i szerokie zastosowanie w pracach matematyków całego świata. Pojęcie to zostało nazwane w literaturze sumą Płonki.
15 czerwca 1981 roku otrzymał nominacje profesorską. Był on drugim polskim niewidomym profesorem. Pierwszym był Kazimierz Szczepański, który uzyskał tytuł profesora zwyczajnego.
O swoim dzieciństwie i karierze zawodowej opowiada Jerzy Płonka na łamach "Pochodni" z czerwca 1981 r. w rozmowie z Waldemarem Burkackim. A oto fragmenty tej rozmowy.
"Wzrok zacząłem tracić w 8 roku życia, gdy byłem uczniem II klasy szkoły podstawowej. Po przeziębionej grypie zacząłem źle widzieć ze swojej ławki, co nauczyciel zaraz zauważył. Okazało się, że proces utraty wzroku postępuje bardzo szybko. Musiałem przerwać naukę, rodzice zaczęli ze mną jeździć po lekarzach. W tym czasie moim nauczycielem był ojciec. Potem wybuchła wojna, trzeba było przerwać leczenie. Wróciłem do szkoły, co nie było dla mnie takie proste, bo uczyłem się razem z dziećmi widzącymi. I tak szkołę podstawową ukończyłem jako niewidomy.
Po zakończeniu wojny, w 1945 roku rozpocząłem naukę w liceum humanistycznym w Bytomiu. Uczyłem się głównie pamięciowo. Bardzo długo bałem się brajla. Wydawało mi się, że jak się nauczę pisma punktowego, to już będę taki zdeklarowany niewidomy. I właśnie w 1948 roku ktoś skierował mnie do Związku, gdzie dość szybko nauczyłem się pisma Braille'a".
(...) "A Pana zainteresowania matematyczne?
- No właśnie. Nie zaczęły się tak od razu. W szkole podstawowej miałem raczej zainteresowania humanistyczne. Liceum, do którego chodziłem, też miało profil humanistyczny, chociaż już wtedy zacząłem zwracać uwagę na matematykę. Po zdaniu matury miałem nawet zdawać na Wydział Matematyczny Uniwersytetu Jagiellońskiego. Stało się jednak inaczej. Zacząłem pracować w szkole dla niewidomych. W 1952 roku ukończyłem Instytut Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Po przyjeździe do Wrocławia rozpocząłem też studia wokalne w Wyższej Szkole Muzycznej, które ukończyłem w 1953 roku. Dla moich zainteresowań matematycznych przełomowy był rok 1954, kiedy jako jeden z niewielu zdałem egzamin dla nauczycieli matematyki, uprawniający do nauczania w szkole średniej. Wówczas to jedna z koleżanek namówiła mnie na studia matematyczne na Uniwersytecie Wrocławskim. Rozpocząłem je w 1956 roku. Z początku miałem duże problemy. Podjąłem studia w trybie eksternistycznym, a więc w praktyce nie chodziłem na żadne wykłady tylko egzaminy i konsultacje. Sam się uczyłem, sam musiałem przerabiać wszystkie ćwiczenia. Jeszcze na czwartym roku zainteresował się mną profesor Edward Marczewski, wybitny matematyk, dwukrotny rektor Uniwersytetu Wrocławskiego. U niego pisałem pracę magisterską. Studia ukończyłem w 1961 roku, a trzy lata później zrobiłem doktorat z algebry ogólnej. W mojej rozprawie ważną rzeczą było wprowadzenie tzw. algebr diagonalnych, które przyjęły się w literaturze matematycznej i później. W związku z tym pojęciem powstało jeszcze dość dużo prac innych matematyków.
Można zatem powiedzieć, że od zrobienia doktoratu pańska kariera naukowa była już przesądzona.
- Można chyba tak powiedzieć, bo właśnie wówczas zaproponowano mi stanowisko adiunkta w Instytucie Matematyki Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu. Po trzech kolejnych latach pracy, w 1967 roku zrobiłem habilitację. Pracowałem wówczas nad pojęciem tzw. sumy systemu prostego algebr, które także znalazło szerokie zastosowanie. Po habilitacji otrzymałem zaproszenie z uniwersytetu w Winnipeg w Kanadzie na roczne stypendium. W czasie mojego tam pobytu napisałem 12 prac. Był to dla mnie bardzo owocny wyjazd. Dotychczas w swoim dorobku naukowym mam ponad 60 prac drukowanych w licznych czasopismach krajowych i zagranicznych.
Pana zainteresowania naukowe związane są zatem z algebrą.
- Raczej były. W 1978 roku zacząłem zajmować się grafami.
- Najkrócej można powiedzieć, że graf jest to zbiór punktów i zbiór odcinków łączących te punkty. Na przykład plan miasta: skrzyżowania mogą być punktami, a ulice są to te linie łączące.
Czy jest to zatem dział geometrii?
- Można i tak powiedzieć, chociaż właściwie zagadnienie to podpada pod różne rzeczy: pod kombinatorykę, zastosowania. Teoria grafu służy wielu dziedzinom, na przykład wykorzystuje się ją także w informatyce. Chodzi o to, że przy jej pomocy rozwiązuje się zupełnie praktyczne problemy. Na przykład: jak rozmieścić nadajniki telewizyjne, aby wszędzie docierał sygnał. Albo - jak wytyczyć drogę, żeby obejść wszystkie punkty, a być wszędzie raz. Mam już kilku uczniów w tej dziedzinie i to mnie cieszy.
Poza pracą naukową, zajmuje się Pan również dydaktyką.
- Pracuję dodatkowo w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu. Prowadzę tam zajęcia dydaktyczne. Przeważnie są to wykłady monograficzne dla magistrantów i seminaria magisterskie. Do tej pory ponad 50 studentów napisało pod moim kierunkiem prace magisterskie. Pięć osób zrobiło też u mnie prace doktorskie, a w tej chwili szósty doktorant przygotowuje się do obrony.
Z Pana pracą naukową wiążą się też częste wyjazdy?
- Tak, jestem często zapraszany na różne konferencje i sympozja naukowe w kraju i za granicą. Te wyjazdy dają mi podwójną przyjemność: zawodową i osobistą, bo bardzo lubię podróżować. Zawsze staram się znaleźć czas na zwiedzanie. Także urlopy organizuję sobie w ten sposób, żeby objechać jakąś ciekawą trasę. Te eskapady planuję i realizuję razem z sąsiadem. Wybieramy się zwykle we dwóch jego samochodem. Zwiedziliśmy już Grecję, Jugosławię, północne Włochy, Szwajcarię... W tym roku planujemy wyjazd do Finlandii, aż za koło polarne. Nawet jeśli człowiek nie widzi, to jednak takie podróże są przyjemne i kształcące. Ważny jest kontakt z samym miejscem, a ponadto wiele rzeczy można obejrzeć dłońmi. Turystyka to moje hobby. Gdy jeszcze lepiej widziałem, to dużo chodziłem po górach, nawet po trudnych szlakach. Przeszedłem w Tatrach Orlą Perć, byłem na Zawracie, Rysach... Gdy pracowałem w szkole, to organizowałem też wycieczki turystyczne dla uczniów, bo uważam, że dla niewidomych turystyka w dostępnych im formach jest bardzo potrzebna. Teraz, pracując społecznie w Okręgu PZN we Wrocławiu, w Komisji Wychowawczo-Oświatowej zajmuję się też turystyką.
Mimo licznych obowiązków zawodowych starcza więc Panu czasu na działalność społeczną?
- Coraz trudniej, ale staram się godzić ze sobą pracę zawodową i społeczną. Kiedyś pracowałem też w zarządzie okręgu, teraz pozostawiłem sobie tylko komisję. Ale staram się być na bieżąco z działalnością Związku.
Zawsze też znajduję czas dla ludzi młodych, którzy chcą iść na studia. Jestem trochę takim społecznym doradcą. Myślę, że bardzo ważną sprawą jest, aby być potrzebnym innym. Trzeba umieć zyskiwać sobie ludzi, umieć być ich przyjacielem, czasem doradcą życiowym.
Myślę, że to, o czym Pan mówi, nie odnosi się tylko do relacji w środowisku niewidomych?
- Oczywiście, że nie. Dotyczy to także kontaktów z osobami widzącymi. Jeśli niewidomy chce mieć jakieś sukcesy w życiu, to musi mieć przyjaciół. Można liczyć na pomoc innych tylko wtedy, jeśli i my potrafimy dać coś z siebie. Trzeba umieć słuchać drugiego człowieka.
Czy tego można się nauczyć?
- Myślę, że tak. Trzeba sobie tylko powiedzieć, że nie należy być egoistą, że nie można zawsze stawiać na to, iż ja coś z tego muszę mieć. Ludzie muszą czuć, że ich problemy mnie obchodzą, że nimi żyję. Jak pan przysłucha się niejednej rozmowie, to zauważy, że często rozmówcy używają słowa "ja". Trzeba troszkę mniej tego zaimka używać i umieć wysłuchać drugiego człowieka. Dotyczy to wszelkich relacji międzyludzkich, nie tylko kontaktów między niewidomymi czy niewidomych z ludźmi widzącymi. To jest podstawą naszych sukcesów zawodowych i osobistych. Kilka osób powiedziało o mnie, że potrafię likwidować dystans. Mimo iż jestem starszym pracownikiem nauki, młodsi koledzy w kontaktach ze mną nie czują dystansu. To jest bardzo ważne w mojej pracy naukowej. Myślę jednak, że tę zasadę można też odnieść do wszystkich dziedzin współżycia społecznego".
Dodajmy, że w roku 1999 prof. dr hab. Jerzy Płonka obchodził 50 rocznicę pracy zawodowej i 35-lecie pracy w Instytucie Matematycznym Polskiej Akademii Nauk, a w 2000 r. siedemdziesiąte urodziny.
Jak widzimy, prof. Jerzy Płonka jest wszechstronnie uzdolniony, ale największe sukcesy odniósł w pracy naukowej jako matematyk. Trzeba przyznać, że niewielu, nawet widzących matematyków, może poszczycić się takimi dokonaniami.
 

 Ewa Lidia Nowicka-Rusek

 
Jest profesorem antropologii społecznej na Uniwersytecie Warszawskim, kierownikiem Zakładu Antropologii Społecznej Instytutu Socjologii. Pracuje też w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej.
W latach 1995-1998 była przewodniczącą Sekcji Antropologii Społecznej Polskiego Towarzystwa Socjologicznego.
Od dzieciństwa miała słaby wzrok. Uczęszczała do szkoły dla dzieci niedowidzących w Warszawie przy ul. Tamka, a następnie do liceum Żmichowskiej, również w Warszawie.
Studia socjologiczne na Uniwersytecie Warszawskim rozpoczęła w 1960 r. Po pierwszym roku studiów zaczęły się poważne problemy ze wzrokiem. Przestała samodzielnie chodzić po mieście i nie mogła czytać swoich notatek. Pomagali jej koledzy i przede wszystkim rodzice, którzy czytali literaturę naukową i podręczniki. Wzrok ciągle się pogarszał, aż zanikł prawie zupełnie.
Studia ukończyła z tytułem magistra w 1965 r., w 1969 r. obroniła pracę doktorską, a w 1978 r. pracę habilitacyjną. Profesorem na Wydziale Filozofii i Socjologii UW została w 1993 r.
 Na podkreślenie zasługuje fakt, że wykłady pani profesor są popularne wśród studentów i cieszą się wysoką frekwencją. Jest to wynikiem jej szerokiej wiedzy i niezwykłej osobowości. Oprócz pracy naukowej interesuje się muzyką (gra na fortepianie), lubi chodzić po górach, gimnastykuje się z osobami widzącymi, chodzi na pływalnię, wędruje na nartach biegowych.
Pani profesor jest promotorem licznych prac magisterskich i doktorskich. Pod jej kierownictwem powstał zespół młodych współpracowników, który podejmował interesujące i nowatorskie badania poświęcone głównie mniejszościom: narodowościowym, religijnym i kulturowym. Sprzyja to rozszerzaniu kontaktów międzynarodowych i popularności niewidomej profesor.
 Ewa Nowicka-Rusek zajmuje się m.in. badaniem religijności, mniejszości narodowych i etnicznych - Romów w Polsce, grup migranckich - Wietnamczyków mieszkających w naszym kraju i greckich repatriantów z Polski oraz rdzennych ludów Syberii - Buriatów, Jakutów, Koriaków.
Prowadziła badania terenowe w Europie, na Syberii, w Mongolii i w Chinach.
Musimy przyznać, że tego rodzaju badania, w tak różnych i odległych krajach, nie należą do najłatwiejszych dla osoby niewidomej.
Ewa Nowicka-Rusek, jako naukowiec, interesuje się współczesnymi teoriami antropologicznymi i wymienionymi wyżej mniejszościami narodowymi i etnicznymi.
W roku 2007 otrzymała tytuł "Człowieka bez barier" nadany przez magazyn "Integracja" wydawany przez Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji.
 O swojej pracy mówi pani profesor w artykule "Nie dawać sobie luzu" opublikowanym na łamach "Pochodni", w czerwcu 1992 r. Rozmowę tę opracował Andrzej Szymański. Fragmenty.
"Dlaczego wybrała Pani socjologię?
- Powiem szczerze, to nie był świadomy wybór. Chciałam iść na historię, ale wiedziałam, że jest tam dużo materiałów do ogarnięcia i to mnie ostatecznie wstrzymało. W liceum byłam najlepsza z historii i bardzo ją lubiłam. Zresztą do tej pory mam do niej słabość.
- Czy socjologia była wtedy modna, jak w latach siedemdziesiątych?
- Nie, to była zupełnie nieznana nauka. Z liceum Żmichowskiej byłam pierwszą osobą, która znalazła się na socjologii. W szkole moja wychowawczyni - pani Luftowa - znakomita polonistka, niezmiernie się zdziwiła, słysząc o moich planach: "co Cię skłoniło do tych studiów? Co to w ogóle jest ta socjologia?
1965 r. zaczęłam pracować ze studentami. Raptem miałam zajęcia z jedną grupą ćwiczeniową - 60 godzin zajęć rocznie. Prowadziłam ćwiczenia na anglistyce, polonistyce, archeologii. A po zrobieniu doktoratu miałam ćwiczenia dla studentów socjologii z historii myśli społecznej. W roku akademickim 1974-75 wyjechałam na stypendium do USA. Przebywałam na dwóch uniwersytetach: Atlanta Uniwersity w Atlancie i Howard Uniwersity w Waszyngtonie. Prowadziłam tam badania nad obrazem Afryki w świadomości Murzynów amerykańskich. Na podstawie tych badań opublikowałam książkę "Afrykanie z wyboru". I to była moja habilitacja. W ciągu kilku miesięcy pozycja ta (wydana przez PWN) zniknęła z półek księgarni. I żeby dokończyć mój życiorys naukowy - w 1980 roku otrzymałam etat docenta, a od 1991 roku jestem profesorem.
 Jak dużo prac publikowała Pani w ciągu ostatnich lat?
- Ostatnio wyszło sporo moich książek. Przed czterema laty ukazała się pozycja "Wigwamy, rezerwaty, slamsy" napisana razem z Izabellą Rusinową, historykiem. Tematem tej książki jest historia Indian Ameryki Północnej. W 1991 drukarnię opuściła następna nasza książka "Indianie Stanów Zjednoczonych". Jest to wybór dokumentów, dotyczących Indian, od początku istnienia USA do czasów współczesnych. Obie wybierałyśmy materiały, tłumaczyłyśmy, poprzedzałyśmy dokumenty notami wprowadzającymi. W 1990 roku napisałam książkę pt. "Swoi i obcy". Jest to sprawozdanie z badań empirycznych, poświęconych stosunkowi Polaków do innych ras i narodów. Natomiast rok później wydałam książkę o stosunkach polskich katolików do innych wyznań. Czyli ta sama swojskość i obcość, tylko na płaszczyźnie wyznaniowej. Nosi ona tytuł: "Religia a obcość".
Czym Pani Profesor zajmuje się teraz, oprócz publikacji?
- Oczywiście dydaktyką na uczelni, bo to jest sprawa najważniejsza dla nauczyciela akademickiego. Praca naukowa, pisanie, to tylko zaspokojenie własnej ciekawości, natomiast misją jest nauczanie. Nauczam studentów antropologii społecznej, relatywizmu kulturowego. Wiemy wszyscy, że świat jest tak bardzo zróżnicowany biologicznie i kulturowo. Dominuje to drugie, bo przecież o ileż więcej jest kultur niż ras. Uściślając - zajmuję się głównie społeczeństwami odległymi w czasie i w przestrzeni.
Jak przyjmują Pani pracę i Pani osobę studenci i naukowcy?
- Gdy zaczynałam, nie wszyscy byli zwolennikami przyjęcia mnie na etat. Wówczas dziekanem na socjologii był prof. Klemens Szaniawski, wspaniały logik. I on wtedy obronił moją kandydaturę na etat. Pani profesor Assordobraj też stwierdziła, że jeżeli doktor Nowicka jako niewidoma daje sobie radę z pracami seminaryjnymi, prowadzeniem egzaminów, to o co chodzi? A jak ona to robi, jej sprawa i nikomu nic do tego! Wydaje mi się, że zawsze miałam dość dobry kontakt ze studentami. A jak odbierają moją pracę i czy mnie nie oszukują? Oczywiście, że tak, i trzeba być na to przygotowanym, że na 70 osób na wykładzie znajdzie się kilku spryciarzy. A jeszcze jak ktoś nie widzi, to hulaj dusza. Zresztą widzącego też są w stanie oszukać".
 
Pani Ewa Nowicka pracuje przy pomocy lektorów oraz wykorzystuje dostępną technikę. Wcześniej posługiwała się nagraniami magnetofonowymi, a teraz głównie techniką komputerową, która umożliwia jej samodzielne korzystanie z literatury fachowej.
 

 Kazimierz Szczepański

 
Urodził się w 1915 roku na Mazowszu w rodzinie chłopskiej. Zmarł w dniu 28 marca 1997 r.
Miał sześcioro rodzeństwa. Do szkoły podstawowej oddalonej o 5 kilometrów chodził pieszo. W szkole średniej zarabiał na własne utrzymanie dając korepetycje z matematyki. Studia na Wydziale Mechanicznym Politechniki Warszawskiej rozpoczął w 1936 r., w czasie studiów również udzielał korepetycji z matematyki. Studia przerwał z powodu wybuchu wojny. Po wojnie podjął je ponownie, ale już na Wydziale Rolnym SGGW i ukończył w 1951 r. Wcześniej ożenił się i pracował na uczelni. Zaproponowano mu asystenturę w katedrze statystyki matematycznej. Wyglądało na to, że jego kariera rozwija się bardzo pomyślnie. Niestety, już wtedy zaczęły się kłopoty ze wzrokiem. Najpierw przestał widzieć jednym okiem, a drugie zostało poważnie osłabione. W roku 1957 wzrok utracił całkowicie.
Pracę w Instytucie Sadownictwa i Ogrodnictwa w Skierniewicach podjął w 1954 r. Instytut istniał zaledwie od 1951 r. Był więc nową placówką naukową, która musiała dopiero wypracować metody i zakres swojej działalności. Kazimierz Szczepański stworzył Pracownię Metodyki Doświadczeń i Statystyki, która zajmowała się projektowaniem układów doświadczeń i statystycznym opracowywaniem wyników. Placówkę tę zorganizował przed utratą wzroku, ale kierował nią również jako ociemniały. Był bowiem jedynym w Polsce samodzielnym pracownikiem naukowym, który zajmował się wówczas metodyką doświadczeń sadowniczych. Prof. Szczepański był również stałym konsultantem prac naukowo-badawczych: magisterskich, doktorskich i habilitacyjnych prowadzonych w Instytucie Produkcji Ogrodniczej SGGW Akademii Rolniczej w Warszawie.
O swojej drodze do pracy naukowej opowiada prof. Kazimierz Szczepański w publikacji Józefa Szczurka "Naukowiec, społecznik i nauczyciel" - "Pochodnia", kwiecień 1997 r.
"Urodziłem się w 1915 roku na wsi położonej w północnej części Mazowsza. W moim domu były bardzo ciężkie warunki materialne. Podstawę utrzymania stanowiła uprawa roli. Miałem sześcioro rodzeństwa. Po ukończeniu szkoły powszechnej, rodzice wysłali mnie do gimnazjum w Pułtusku. Wtedy nie istniało bezpłatne nauczanie na poziomie średnim. Ojciec sprzedał półtora hektara lasu, aby opłacić pierwsze trzy lata mojej nauki, a opłata była bardzo wysoka, do tego dochodziła jeszcze stancja. Dlatego rodzice tylko jedno ze swych dzieci mogli wysłać do szkoły średniej. Jestem im wdzięczny, że obdarzyli mnie zaufaniem. Później już sam zarabiałem korepetycjami na opłacanie szkoły i własne utrzymanie.
Egzamin dojrzałości zdałem z bardzo dobrymi wynikami, dlatego, po wstąpieniu na Politechnikę Warszawską - na wydział mechaniczny, otrzymałem stypendium państwowe, które, przy skromnych wydatkach, wystarczało na zaspokojenie potrzeb. Niestety, po trzech latach nauki, wojna przerwała studia.
Na początku 1940 roku Niemcy przesiedlili rodziców na teren dzisiejszego województwa skierniewickiego. Musiałem podjąć pracę zarobkową, aby zapewnić utrzymanie rodzicom i trójce młodszego rodzeństwa. Wkrótce nawiązałem współpracę z oddziałami Armii Krajowej, a następnie - Batalionów Chłopskich. Za działalność w ruchu zbrojnym otrzymałem Krzyż Virtuti Militari V Klasy. Przez całą okupację opiekowałem się żydowską rodziną - dzięki czemu udało się jej uniknąć zagłady. Czynnie uczestniczyłem w tajnym nauczaniu na poziomie podstawowym i średnim. 50 moich uczniów z tajnych kompletów ukończyło później studia wyższe.
Po wojnie rodzice powrócili na swoją ziemię, dwie młodsze siostry dostały się do Akademii Medycznej, a ja mogłem znowu pomyśleć o swych studiach. Na Politechnikę już nie wróciłem, natomiast w 1947 roku rozpocząłem naukę w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie na wydziale ogrodniczym. W tej uczelni, po ukończeniu studiów, podjąłem pracę jako asystent. Niestety, nie cieszyłem się nią długo.
W 1951 roku zaatakowała mnie gruźlica siatkówki. Zacząłem tracić wzrok. Było to dla mnie niezmiernie bolesne przeżycie. Liczne wizyty u okulistów, pobyty w szpitalu, rozmaite metody leczenia - nie dawały oczekiwanych rezultatów. Trwało to kilka lat.
W 1957 roku wzrok utraciłem całkowicie. Ogarniały mnie najczarniejsze myśli. Najbardziej dręczyłem się przeżyciami mojej żony i kilkuletniego synka Adama. W szpitalu odwiedzali mnie przyjaciele i znajomi. Wszyscy serdecznie współczuli, jednak nikt nie widział dla mnie możliwości pracy i powrotu do aktywnego życia. Nie mogłem się z tym pogodzić.
Odwiedzili mnie również państwo Pieniążkowie. Prof. Szczepan Pieniążek już wtedy był szefem Instytutu Sadowniczego w Skierniewicach, który założył sześć lat wcześniej. Nie rozczulali się nade mną, lecz po prostu zapytali, kiedy wrócę do pracy. Zaskoczenie graniczyło z szokiem. Powiedziałem, że nie mam gdzie wracać, a oni na to, że czeka na mnie Instytut, że tak wielkie umiejętności teoretyczne i praktyczne nie mogą się zmarnować. Tak wyglądało moje wybawienie i początek nowej, pięknej drogi".
Wydawałoby się, że praca badawcza z sadownictwa nie jest najodpowiedniejsza dla osoby ociemniałej, a jednak...
O charakterze swojej pracy mówi Kazimierz Szczepański w rozmowie z Andrzejem Szymańskim, zatytułowanej "Pamiętajcie o ogrodach" - "Pochodnia", październik 1985.
"Podsumowaniem mojego 35-letniego dorobku naukowego jest podręcznik "Metodyka badań sadowniczych". Zawarłem w nim następującą tematykę: zaplanowanie badań i doświadczeń, metodykę pomiarów i obserwacji, podałem schematy różnych typów charakterystycznych doświadczeń w sadownictwie, opisałem metody statystyczne najczęściej stosowane w badaniach sadowniczych, a w ostatniej, piątej części podałem przykłady z własnych doświadczeń prowadzonych w Instytucie Sadownictwa w Skierniewicach.
Badania sadownicze, generalnie biorąc, należą w grupie nauk rolniczych do najmłodszych, młodsze są tylko badania z roślinami ozdobnymi. W związku z tym metody stosowane w sadownictwie nie są zbyt doskonałe i nadal wymagają udoskonalenia związanych z tym badań. Rośliny sadownicze mają ogólnie dużą zmienność. Jest ona ogromna w intensywności plonowania. Drzewa rosnące w tych samych warunkach, tak samo prowadzone, szczepione, dają różne plony. Jedno daje dwie tony owoców, a drugie trzysta kilogramów w ciągu dziesięciu lat.
Aby wyciągnąć wiarygodne wnioski z badań, musimy mieć dostateczną ilość drzew do doświadczeń. W przypadku roślin rolniczych stosuje się poletka małe, 10-20-metrowe i tam są setki roślin. Natomiast w sadownictwie pola doświadczalne są dużo większe. Jedno drzewo zajmuje powierzchnię około 30 metrów kwadratowych. Doświadczenia polowe wymagają pewnej ilości powtórzeń na większej liczbie drzew. Dawno już doszliśmy, że w doświadczeniach powinno być co najmniej 12 drzew, to znaczy, musi być zachowana reguła powtórzeń. Trzeba się z tym liczyć, że drzewko rosnące w jednym miejscu może mieć inne warunki wzrostu niż drugie, posadzone 100 czy 200 metrów dalej. Wpływa na to naturalna zmienność glebowa, wilgotnościowa, po prostu inny mikroklimat. I to wszystko wymaga zaprojektowania tych doświadczeń według odpowiednich metod. Różne są metody, podług których prowadzi się doświadczenia. Drzewko sadzi się w odpowiednich blokach zbliżonych do kwadratu, aby było jak najmniejsze zróżnicowanie glebowo-klimatyczne. Losowo rozmieszcza się odmiany w różnych położeniach pola tak, aby równoważyły mikroklimat i zmienność glebową. Zakładamy, że jeśli w jednym miejscu drzewo trafi na gorsze warunki, to w innym na lepsze, i średnia będzie wyrównana. Tak więc w metodyce dążymy do tego, aby obiekty, które chce się porównywać, różniły się tylko czynnikiem nas interesującym, a wszystkie inne muszą być jednakowe, tzn. jednakowa gleba, nawożenie, jednakowo cięte drzewa itp.
Druga część metodyki zawiera informacje o pomiarach i obserwacjach: jakimi metodami się je wykonuje, które są ważniejsze. Podstawowe pomiary to: plonowanie, odporność drzew na choroby, na mróz, zdrowotność owoców. W jaki sposób mierzyć plon? Ilość wiadomo - waży się. Jakość plonu mierzy się na kalibrownicy z otworami co pół centymetra. Klasyfikuje się jabłka na małe, średnie i duże. Ale nie klasyfikuje się wszystkich zebranych jabłek. Pobiera się próbkę. Owoce są różne, w zależności od strony świata. Wewnątrz korony drzew są naturalnie mniejsze, mniej wybarwione niż na zewnątrz. Metodyka ustala, jak te jabłka pobierać, ile z jakiej strony drzewa, ażeby próby były porównywalne. Bardzo też istotne są metody pozbiorczego traktowania owoców, przechowywania ich. Do tej pory stosowano przechowywanie proste - chłodna temperatura i odpowiednia wilgotność. W tej chwili zaleca się trzymanie owoców w chłodniach z kontrolowanymi atmosferami. Już nie w normalnym powietrzu. Poprzez specjalne urządzenia zwiększa się zawartość dwutlenku węgla, a ogranicza ilość tlenu. Wtedy jabłka mają ograniczoną przemianę materii, wolniej dojrzewają. Bo przecież jabłko żyje w czasie przechowywania, oddycha, następuje spalanie cukru, przemiana organiczna. Inny jest więc smak jabłka zerwanego z drzewa, a inny po kilku miesiącach przechowywania. Jest to proces dojrzewania konsumpcyjnego.
Jak już zbierzemy komplet wyników z doświadczeń, musimy je statystycznie opracować. Metod opracowań jest wiele. Niektóre są bardzo złożone. Bada się nie tylko różnice między obiektami, ale określa również zależność jednej cechy od drugiej, albo współzależności, na przykład wielkość owocu i zawartość w nim różnych związków, lub też traktowanie nawożenia i wzrost plonu. Kiedy nie było komputerów, wszystko było bardzo trudne do wyliczenia. Obecnie bada się regresje 20 zmiennych, to znaczy jedna cecha zależy od dwudziestu innych. I bada się, która z tych 20 cech w największym stopniu oddziałuje na cechę, na której nam zależy".
Kazimierz Szczepański w 1964 r. obronił pracę doktorską, a siedem lat później pracę habilitacyjną. W 1978 r. został profesorem nadzwyczajnym, a w 1985 r. profesorem zwyczajnym.
Społecznie pracował w różnych organizacjach, między innymi w PZN, gdzie przez dziesięć lat był przewodniczącym Głównej Komisji Rewizyjnej, a następnie przewodniczącym Rady Naukowej.
Otrzymał wiele wysokich odznaczeń. Wymieniam tylko trzy: Krzyż Virtuti Militari V Klasy - za udział w walce w okresie okupacji, Medal Edukacji Narodowej - za kilkudziesięcioletnią pracę nauczycielską i oświatową oraz Srebrny Krzyż Zasługi - za działalność społeczną.
 

 Andrzej Dłużniewski

 
Uznany awangardowy artysta, profesor warszawskiej ASP, w wyniku wypadku drogowego stracił wzrok. Studiował architekturę i filozofię, ale ukończył rzeźbę na warszawskiej ASP. Od 1970 roku wykłada na Wydziale Architektury Wnętrz, w Pracowni Intermediów, którą stworzył.
 Intermedia - pojęcie to określa przestrzeń, którą pozostawiają dziedziny tradycyjne, gdy już nie wszystko da się namalować, sfotografować czy wyrzeźbić. Pozostają jakieś przestrzenie, które trzeba wypełnić.
W jego twórczości forma jest wtórna w stosunku do pomysłu, prace często są wręcz surowe. W 2000 r. wydał "Odlot", zbiór zabawnych opowiadań. Napisał je po utracie wzroku w 1998 r.
Po wypadku zaczął lepić figurki z wosku, które następnie odlewano z brązu. Zajęcia te traktował jako terapię, ale okazało się, że są one czymś więcej.
Profesor Andrzej Dłużniewski po utracie wzroku nadal wykłada na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Nadal tworzy i wystawia swoje dzieła. Gdy jego praca wymaga namalowania czegoś, pomaga mu żona, która jest malarką lub inny artysta malarz.
Prof. Dłużniewski wykonuje pracę niezwykłą, mało odpowiednią dla osoby ociemniałej. Ma jednak wyniki i powody do zadowolenia. Czuje się człowiekiem pożytecznym, twórczym, który może zaspokajać swoje potrzeby w pracy pedagogicznej, twórczej i naukowej.
Opracowałem na podstawie artykułu Tomasza Przybyszewskiego pt. "Profesor niezwyczajny" (www.niepelnosprawni.pl 2007-07-03).
 

 Przemysław Kiszkowski

 
Był doktorem fizyki, naukowym pracownikiem Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu
 
W pierwszym odcinku rozmowy z Henrykiem Lubawym zamieszczonej w grudniowym numerze "Wiedzy i Myśli" z 2013 r. znajduje się obszerny fragment poświęcony Przemysławowi Kiszkowskiemu. Henryk Lubawy mówi m.in.:
"Doktor Przemysław Kiszkowski, niewidomy naukowiec z Poznańskiego Uniwersytetu jest mało znany w środowisku niewidomych w Polsce, ale dla mnie stał się bardzo ważną postacią, należy bowiem do ludzi, którym zawdzięczam wiele dobrego. Zdarzyło mi się być z nim, a nawet nocować w miejscach, do których przeciętny śmiertelnik ma znacznie ograniczony dostęp. Takim miejscem jest ścisły rezerwat archeologiczny na Ostrowie Lednickim niedaleko Gniezna. Byłem tam kilka razy na studenckich obozach naukowych prowadzonych przez Przemka Kiszkowskiego. Zresztą nie była to tylko Lednica, ale i kilka innych bardzo ciekawych archeologicznie miejsc.
Przemka poznałem jeszcze przed studiami na Uniwersytecie Poznańskim. Zajmował się wówczas badaniem zjawiska radiestezji, próbą wyjaśnienia czy wykrywanie tak zwanych żył wodnych ma jakiekolwiek podstawy fizyczne. Podczas roku akademickiego prowadził prace w laboratorium i nadzorował powstające pod jego kierunkiem prace magisterskie. Jednak do dogłębnego wyjaśnienia zjawiska potrzebne były badania terenowe. Odbywały się one właśnie na obozach naukowych. Badania trwały przez kilka lat, więc i tych letnich wyjazdów było sporo.
Po około 10 latach badań i napisaniu książki na ten temat, Przemek zajął się stosowaniem, a raczej dopracowywaniem jednej z metod, jakie wówczas stosował w badaniach archeologicznych. Stąd to uczestnictwo w kilku ekspedycjach archeologicznych.
Z grubsza wyglądało to tak, że kilkoro studentów przenosiło i wbijało w ziemnie elektrody. Jedna osoba obsługiwała przyrządy pomiarowe i zapisywała uzyskany wynik. Potem trzeba było wprowadzić do komputera kilkaset liczb i poczekać kilkadziesiąt minut, aż powstanie mapka pokazująca, co może się znajdować pod ziemią. Na grodzisku w Grzybowie koło Wrześni, a jest to największy wczesnośredniowieczny gród w Wielkopolsce, wskazaliśmy archeologom miejsca, które oni musieliby odkopując ziemię penetrować przez wiele, wiele lat. Obszar ten bowiem obejmuje prawie 3 i pół hektara i jest otoczony wałem ziemnym wzmocnionym dziesiątkami tysięcy dębowych bali. Taką właśnie działalność rozwijał niewidomy naukowiec.
Przemek zawsze uczestniczył w badaniach. Gdy coś nie było w porządku z aparaturą pomiarową, to on się nią zajmował. Oczywiście, ktoś ze studentów odczytywał wartości z przyrządów pomiarowych, ale on (niewidomy) wiedział, jak wszystkie kable połączyć i zawsze znajdował usterkę.
 Przemek Kiszkowski nie porusza się samodzielnie nie chodził z białą laską, a dotarł wszędzie, gdzie zamierzał, nawet do miejsc bardzo nietypowych. Byłem świadkiem, jak dyktował studentowi piątego roku fizyki teoretycznej wzory teorii, nad którą właśnie rozmyślał. Prowadził wszystkie przekształcenia w pamięci, a student nie mógł nadążyć z ich zapisywaniem.
Jeszcze jedną niezwykle ważną umiejętność posiada mój "idol" - umiejętność otaczania się ludźmi, z którymi współpracuje. Przecież to on był inicjatorem i opiekunem wyjazdów studenckich. Słynne były organizowane przez cały rok, zawsze w czwartki, w jego mieszkaniu, spotkania przedobozowe i poobozowe. Do dziś utrzymujemy kontakt. Gdy miewam kłopoty ze zrozumieniem zawiłości świata akademickiego, dzwonię do Przemka. Na początek kilka kawałów, potem anegdota o tym, jak to pewien profesor przed laty zrobił to czy tamto. I jeszcze kilka innych anegdot i okazuje się, że mój problem został rozwiązany.
Kiszkowski przepracował na Uniwersytecie ponad 50 lat. Obecnie już niewiele lat zostało mu do setki, mimo to ciągle sporo młodych ludzi, no może już takich nieco starszych go odwiedza".
Przemysław Kiszkowski zmarł dnia 13 listopada 2013 r.
 
Wspomnienie o dr. Przemysławie Kiszkowskim
Ryszard Naskręcki
 
"Doktora Przemysława Kiszkowskiego, a dla wielu z nas po prostu Przemka, poznałem wczesnym latem 1979 r., jako student I roku fizyki. Wówczas bowiem rozpoczęły się przygotowania do kolejnego obozu naukowego. Na obóz zostałem zakwalifikowany i od tego czasu zaczęła się moja, trwająca wiele lat przygoda z obozami naukowymi, no i wieloletnia znajomość z Przemkiem.
Każdego roku, przez trzy letnie tygodnie studenci fizyki, a także nieliczni studenci matematyki, chemii, medycyny, kierunków inżynierskich, a nawet filozofii prowadzili w różnych miejscach w Polsce badania naukowe. Badania te miały pozwolić na poznanie i zrozumienie fizycznych podstaw... różdżkarstwa. Tematyka ta była wówczas mocno eksplorowana przez prof. Henryka Szydłowskiego oraz dr. Przemysława Kiszkowskiego.
Obozy naukowe pozwalały prowadzić badania w terenie. Wykorzystywaliśmy różnorodne metody pomiarowe, między innymi pomiar rezystancji gruntu (tzw. metoda elektrooporowa), pomiary przewodności gruntu, ale także badania gruntów wykonywane na podstawie licznych odwiertów, wykonywanych wówczas ręcznie!
Dla wielu z nas, studentów, była to prawdziwa naukowa przygoda, której oddawaliśmy się z całą pasją. Wykonywanie pomiarów wzbogacały liczne naukowe dyskusje, spotkania z zaproszonymi gośćmi, no i przede wszystkim niezwykle barwne życie studenckie.
Sromowce Wyżne, Objezierze, Osieczna, Strzelce Krajeńskie, Witosław, Gniezno, to miejscowości, w których odbywały się kolejne obozy naukowe, w których spędziliśmy fantastyczne 3-tygodniowe naukowe wakacje.
 Wiele historii, mniej lub bardziej prawdziwych pochodzi z tamtych czasów. Nocna wyprawa na Trzy Korony (wschód Słońca), kąpiele w wartkim i niewyobrażalnie zimnym Dunajcu, obozowa kwatera w strażackiej remizie w Sromowcach Wyżnych, nocne kąpiele w pięknym Jeziorze Górnym w Strzelcach Krajeńskich i budowa wiejskiego wodociągu w Witosławiu. Legendami obrosły wspólne zamieszkiwanie i wspólna kuchnia kilkudziesięcioosobowej grupy studentów i kadry. Setki smażonych placków ziemniaczanych (na jeden obiad), kilkanaście dużych bochnów chleba zjedzonych na jedną kolację, niezliczone ilości zjedzonych tabliczek czekolady (zjedliśmy "wielowiekowe" zapasy czekolady w Sromowcach), czy niewyobrażalne ilości wypitej herbaty (Przemek ją uwielbiał). Na obozie w Gnieźnie słynne stały się jeszcze późnowieczorne potańcówki, których głównym bohaterem (i najlepszym tancerzem) był Przemek.
 Przemek był postacią niezwykłą, typem światowca, świetnie posługującym się językiem angielskim, słuchającym na co dzień audycji radia BBC. Tysiące magnetofonowych kaset w jego domu i setki, jeśli nie tysiące czarnych płyt. Uwielbiał rozmowy, były dla niego, osoby w pełni niewidomej, najważniejszym sposobem kontaktu ze światem. W sposób niezwykły nawiązywał kontakty z ludźmi. Nie znam ani jednej osoby, z którą by nie był "na ty". Był wreszcie Przemek prawdziwym mistrzem dowcipu. Genialna pamięć pozwalała na przechowywanie setek, jeśli nie tysięcy dowcipów! Każdą rozmowę telefoniczną rozpoczynał Przemek od opowiedzenia "nowego" dowcipu, i każdą rozmowę telefoniczną "nowym" dowcipem kończył.
Dowcipem wyrażał też swój stosunek do otaczającej rzeczywistości PRL-u:
 Dlaczego Polskę podzielono na 49 województw? - pytał.
- Bo tyle jest liczb w Totolotku i teraz co tydzień odbywa się losowanie, które województwo otrzyma przydział mięsa.
Drogi Przemku! Dla wielu z nas byłeś prawdziwym Przyjacielem. I za tę niezwykłą przyjaźń dziś Tobie dziękujemy. Na zawsze pozostaniesz w naszej pamięci.
 

Jan Krempa

 
Jest profesorem matematyki, był pracownikiem naukowym Uniwersytetu Warszawskiego. Obecnie jest już na emeryturze.
 
Zbigniew Skalski w artykule "Matematyk - pracownik naukowo - dydaktyczny" ("Pochodnia", marzec 1973) pisze:
"Jan Krempa urodził się w 1940 roku w Woli Mieleckiej w powiecie Mielec. Od urodzenia ma bardzo słaby wzrok, który uniemożliwia posługiwanie się zwykłym pismem.
W latach od 1946 do 1956 roku uczył się w Zakładzie dla Niewidomych w Laskach Warszawskich. Ukończył tam Szkołę Podstawową i Zasadniczą Szkołę Zawodową ze specjalnością w zakresie tkactwa.
Po opuszczeniu Zakładu od 1957 do 1963 roku pracował jako tkacz w Spółdzielni Przemysłu Artystycznego "Nowa Praca Niewidomych" w Warszawie. Jednocześnie kontynuował naukę w Ogólnokształcącym Liceum Korespondencyjnym w Warszawie, które ukończył w 1963 roku i rozpoczął studia na Wydziale Matematycznym Uniwersytetu Warszawskiego. W trzecim roku nauki, kierując się zamiłowaniem i radami profesorów, wybrał matematykę teoretyczną jako specjalistyczny kierunek studiów.
W roku 1968 otrzymał dyplom magistra, a w roku 1971 - tytuł doktora matematyki. W tym samym roku został przyjęty do pracy w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Warszawskiego na stanowisku starszego asystenta. W rok później - po zatwierdzeniu dyplomu doktorskiego - otrzymał stanowisko adiunkta. Do obowiązków adiunkta, tak samo jak do obowiązku innych pracowników naukowo-dydaktycznych, należą ćwiczenia i seminaria ze studentami oraz badania naukowe".
I jeszcze opinia Adama Sulińskiego, docenta na Wydziale Matematyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego o Janie Krempie z cytowanego artykułu Zbigniewa Skalskiego:
"Pan dr Jan Krempa rozpoczął ze mną jako student trzeciego roku matematyki. Napisał pracę magisterską pod moim kierunkiem. Jej częściowe wyniki zostały opublikowane w zagranicznej prasie matematycznej. W latach od 1968 do 1971 odbył także pod moim kierunkiem studia doktoranckie w Instytucie Matematycznym Polskiej Akademii Nauk. W terminie obronił pracę doktorską z algebry. Pragnę dodać, że dr Krempa rozwija się naukowo bardzo dobrze. Osiąga coraz lepsze wyniki w zakresie algebry przy normalnym obciążeniu obowiązkami dydaktycznymi. Uważam go za pełnowartościowego pracownika dydaktycznego i naukowego".
 
W książce "Ręce, które widzą", wydanej przez "Nową Pracę Niewidomych" (Warszawa 2001) czytamy:
 
 "W 1956 r. podjął naukę w półkorespondencyjnym, Pierwszym Liceum Ogólnokształcącym na Żoliborzu w Warszawie. Najbardziej interesowała go matematyka. Były już w brajlu podręczniki matematyczne do szkoły średniej, co znakomicie ułatwiało naukę. Świadectwo dojrzałości otrzymał w 1958 roku.
 Upłynęło jeszcze pięć lat, zanim zdecydował się na studia matematyczne w Uniwersytecie Warszawskim. Po ich ukończeniu, władze uczelni zaproponowały mu trzyletnie stypendium doktoranckie. W 1971 r., po obronieniu doktoratu, młody adept nauk matematycznych - Jan Krępa - rozpoczął pracę w Uniwersytecie Warszawskim i na tej uczelni pracuje do dziś.
 Powierzono mu funkcję kierownika Zakładu Algebry i Teorii Liczb na Wydziale Matematyki Informatyki i Mechaniki. Zajmuje się teorią pierścieni czyli teorią sytuacji podobnych do liczb, które można dodawać, mnożyć i poznawać różne bardziej szczegółowe ich własności. Jest to tematyka licząca się w różnych działach matematyki i jej zastosowań, uprawiana na całym świecie. Stwarza to dodatkowo okazję i przyjemność kontaktów z ludźmi z różnych krajów.
 W 1979 r. Jan Krempa uzyskał tytuł doktora habilitowwanego, a w jedenaście lat później - profesora zwyczajnego.
Oprócz działalności naukowej, ma obowiązki dydaktyczne - wykłady i seminaria ze studentami, konsultacje naukowe, recenzowanie prac magisterskich, doktorskich i habilitacyjnych. Wymaga to dużej pracy nad własnym rozwojem.
Współpracuje z wieloma naukowcami w świecie, w tym również niewidomymi - w Moskwie i Londynie.
Prof. Krempa od dawna posługuje się komputerem i innymi urządzeniami elektronicznymi. Niektóre programy komputerowe stały się normalnym narzędziem pracy, na przykład poczta elektroniczna czy internet służą na co dzień do wymiany informacji, ponieważ w różnych krajach znajduje się dużo wiadomości na temat matematyki właśnie w internecie.
Z działalnością naukową wiąże się konieczność publikowania prac matematycznych. Na ogół redakcje przyjmują prace tylko w standardzie elektronicznym.
Współpracuje z Instytutem Informatyki w Uniwersytecie Warszawskim, dzięki temu może na bieżąco rozwiązywać nastręczające się problemy. Ma nikłe resztki wzroku. Dzięki temu może korzystać z programów komputerowych silnie powiększających. Najczęściej potrzebne programy sprowadza ze Stanów Zjednoczonych".
 
Kilka wypowiedzi Jana Krempy z rozmowy przeprowadzonej przez Zbigniewa Niesiołowskiego, zatytułowanej "Od robotnika do profesora zwyczajnego" ("Pochodnia", kwiecień 1991)
 
"Z.N. - Jak wygląda procedura przyznawania tytułu profesora?
J.K. - Wszystko zaczyna dyrekcja instytutu, w którym dany naukowiec jest zatrudniony (w moim przypadku jest to Instytut Matematyki Uniwersytetu Warszawskiego). Jej wniosek trafia na Radę Wydziału, która powołuje stosowną komisję. Ta z kolei zajmuje się zbadaniem sprawy i posyła prace oraz życiorys naukowy kandydata na profesora do recenzentów. W przypadku naszego wydziału są to nie tylko recenzenci krajowi, ale i zagraniczni, a jest ich na ogół trzech lub czterech, w zależności od tego, co rada uzna za stosowne. Jeśli recenzje wypadną pozytywnie, komisja przedstawia Radzie Wydziału wniosek o przyznanie tytułu profesorskiego. Rada zajmuje stanowisko w tajnym głosowaniu i gdy wynik jest pozytywny, wniosek otrzymuje rektor, który wnosi go pod obrady Senatu. I w tym wypadku tajne głosowanie decyduje o przekazaniu wniosku Ministerstwu Edukacji Narodowej. W resorcie wnioski muszą się trochę odleżeć, np. w moim wypadku wniosek wyszedł z uniwersytetu w 1989 r., ale trafił akurat na przesilenie rządowe i urzędnicy nie mieli głowy, żeby go załatwiać. Nawiasem mówiąc, część dokumentów zaginęła i trzeba było je jeszcze raz wysyłać. No i wreszcie po przejściu tylu sit zapada decyzja, a tytuł profesora nadaje prezydent RP".
 
 ***
 
Z.N. - Z jakich ośrodków wywodzą się Twoi recenzenci?
J.K. - Zawsze bywa tak, że jeden z recenzentów jest z miejscowego ośrodka, a poza tym w mojej branży jest znakomity ośrodek w Toruniu i stamtąd wywodziło się dwóch recenzentów - jeden z Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika, a drugi z Akademii Nauk. Zagranicznym recenzentem był naukowiec z Białoruskiej Akademii Nauk z Mińska, który w tej dziedzinie jest akurat bardzo mocny.
Z.N. - Jaka była treść tych recenzji?
J.K. - No cóż, nie uczyłem się ich na pamięć, ale to chyba widać po skutkach.
Z.N. - Jesteś, jak widzę, bardzo skromny, ale może byś o nich powiedział coś więcej?
J.K. - Były jednomyślne i stwierdzały, że się nadaję".
 
 ***
 
"Z.N. - Jakie są Twoje plany naukowe?
J.K. - Mam jeszcze 20 lat do naukowej emerytury i nadal zamierzam rozwijać teorię pierścieni, albo rzeczy przez nią motywowanych, a dotyczących innych dziedzin. Do moich obowiązków należy również kształcenie studentów, magistrantów i doktorantów. Recenzuję prace innych, no i tak toczy się moje życie.
Z.N. - Twoja kariera jest naprawdę imponująca, bo przecież od robotnika doszedłeś do tytułu i stanowiska profesora zwyczajnego na najbardziej prestiżowej polskiej uczelni. I to nie tylko zmagając się z materią naukową, ale i własnym kalectwem. Jakie zasady przyświecały Ci lub pomagały na tej drodze?
J.K. - No cóż, po pierwsze przyjąłem do wiadomości, że nasza cywilizacja jest i długo jeszcze będzie pisana, w związku z czym kto nie może posługiwać się zwykłym drukiem, musi biegle posługiwać się brajlem, bo inaczej zginie. Zwłaszcza w mojej dziedzinie nie da się pracować na pamięć. Po drugie uważam, że w życiu trzeba wiedzieć, że jeśli nawet coś szybciej można dostać od kogoś innego, to jednak lepiej zrobić to samemu, chociażby po to, żeby się sprawdzać. Wszystko, co robimy, zawsze zajmuje nam więcej czasu niż osobom pełnopsrawnym. Na to trzeba być przygotowanym i wykazywać wiele hartu i wytrwałości, a nieraz i samozaparcia. Kto będzie miał pretensję do życia o swoje kalectwo, ten przegra. Po trzecie - nie wolno eksponować swoich przywilejów, wynikających z kalectwa. Dotyczy to przede wszystkim miejsca pracy. Nie wolno przyzwyczajać się do wygodnictwa, jakie wynika z tych przywilejów. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek w uniwersyteckim bufecie przepychał się poza kolejką. Wszyscy by to przyjęli do wiadomości i nikt by się nie awanturował, ale ja stałbym się izolowanym punktem w tej grupie. Tam, gdzie to nie jest konieczne, nie wolno samemu pogłębiać swojej izolacji przez jakieś ekstra przywileje. Pewne elementy izolacji wynikają z naszej sytuacji i na to się nic nie poradzi. Nie wolno jednak przyczyniać się do jej powiększania".
 
 ***
 
Różne dziedziny wiedzy, różne okresy historyczne, ale zawsze niezwykłe zdolności i olbrzymi wysiłek, żeby je wykorzystać, składały się na sukces. Każdy naukowiec musi bardzo dużo pracować. Niewidomy naukowiec musi jeszcze więcej pracować, żeby osiągnąć podobne sukcesy. Ważne jednak, że jest to możliwe i wielu niewidomych fakt ten udowodniło.
Teraz życzę Państwu słońca, miłego wypoczynku, ruchu na świeżym powietrzu i doborowego towarzystwa. Zapraszam na spotkanie po wakacjach, we wrześniu.
Skryba