Logo 1%

Logo OPP


Logo 1%
Dołącz do nas na Facebooku

 

Z laską przez tysiąclecia (cz. 30)

Niewidomi przedsiębiorcy

Z poprzedniego artykułu wiemy, że niewidomi sprawdzali się w działalności gospodarczej przede wszystkim jako kierownicy spółdzielni niewidomych. Czym innym jednak było kierowanie zakładem spółdzielczym w okresie gospodarki nakazowo-rozdzielczej, a czym innym jest kierowanie własną firmą w warunkach gospodarki rynkowej.
Niewidomi prezesi zarządów spółdzielni niewidomych działali głównie w warunkach rynku producenta, reglamentacji maszyn, surowców, środków transportu i tzw. mocy przerobowych. Te ostatnie odnosiły się do firm budowlanych, które przyjmowały zlecenia na polecenie albo za zgodą odpowiednich komitetów Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR). Nie było wówczas mowy o przetargach, o możliwościach wyboru firmy, o stawianiu warunków. Pieniądze nie wystarczały, żeby coś zbudować. Niezbędny był przydział cementu, cegły, stali zbrojeniowej, armatury i chyba wszystkiego, co było niezbędne do wybudowania hali fabrycznej, biurowca czy bloku mieszkalnego.
Piszę o tym, bo młodsi nawet sobie nie wyobrażają takiej gospodarki, w której wszystkiego brakuje. Dowcip z tamtych czasów ujmował to zwięźle i prawdziwie - kiedy zaczęto na Saharze budować socjalizm, to piasku zabrakło. To jedno, a drugie - w takich warunkach trzeba innych cech, innych zdolności, żeby kierować zakładem produkcyjnym. Dodam, że niewidomi mieli nieco łatwiej niż inni, bo mogli liczyć na sympatię i zrozumienie, może litość władz partyjnych i uzyskiwać przydziały, o których już pisałem. Nie bez znaczenia był też fakt, że niemal każdy towar znajdywał nabywcę, bo wszystkiego brakowało.
Nie oznacza to, że nie było trudności, problemów, braków. Owszem, były i to wcale niemałe. Jednak niepełnosprawność niewidomego prezesa oraz osób niewidomych, na rzecz których działał, ułatwiały przezwyciężanie trudności. Ułatwiały uzyskiwanie działek budowlanych, samochodów dostawczych, surowców i maszyn. Najważniejsze jednak było ograniczanie konkurencji, odmawianie zgody na przykład na otwieranie warsztatów szczotkarskich przez prywatnych rzemieślników, zarezerwowanie dla niewidomych niektórych wyrobów i łatwość zbytu gotowych wyrobów.
Poza tym prezes spółdzielni nie ryzykował własnymi pieniędzmi, własnym majątkiem i nie odpowiadał indywidualnie za ewentualne błędy. Oczywiście, formalnie ciążyła na nim odpowiedzialność, ale zarządzanie było kolektywne, a więc odpowiedzialność rozmyta.
Obecnie niewidomy przedsiębiorca nie może liczyć na żadne ułatwienia. Jeżeli posiada pieniądze, może wszystko kupić, a to co zechce nabyć, przywiozą mu pod wskazany adres, podziękują, że kupił i polecą na przyszłość swoje usługi i swoje towary. No i absolutnie nie może liczyć na jakiekolwiek ułatwienia w zbywaniu wytwarzanych towarów czy świadczonych usług. A więc, pod wieloma względami, jego praca jest o wiele trudniejsza niż prezesów spółdzielni niewidomych w okresie realnego socjalizmu.
O tym, jak korzystne to były warunki dla spółdzielni niewidomych, świadczy fakt, że zmiana ustroju politycznego i gospodarczego spowodowała upadek wielu spółdzielni oraz znaczące ograniczenia pozostałych zakładów spółdzielczych.
Nie mam możliwości zapoznania Czytelników z osiągnięciami zagranicznych niewidomych biznesmenów. Mogę natomiast pokazać tylko kilku polskich niewidomych i słabowidzących przedsiębiorców.
Przedsiębiorcą, właścicielem firmy "Impuls" jest Ryszard Dziewa z Lublina. Jego sylwetkę zaprezentowałem w artykule poświęconym niewidomym walczącym o wolność Polski i o demokrację w naszym kraju. W tym samym artykule przedstawiłem sylwetkę działacza Konfederacji Polski Niepodległej Zygmunta Stanisława Łenyka, który od 1995 r. jest właścicielem i dyrektorem krakowskiej Szkoły Języków "Poliglota".
Nie o wszystkich przedsiębiorcach mogę też znaleźć informacje. Poza tym w żadnym z artykułów nie przedstawiam sylwetek wszystkich osób z uszkodzonym wzrokiem, które na to zasługują. Wybrane sylwetki są ilustracją możliwości osób niewidomych i słabowidzących, a nie wykazem działających w danej dziedzinie.
 

Niewidomi przedsiębiorcy polscy do II wojny światowej

 
Wiemy, że zorganizowane zatrudnianie niewidomych rozpoczęło się od czasów, kiedy powstawały szkoły dla niewidomych. W zakładach tych przygotowywano niewidomych do pracy w kilku zawodach - w szczotkarstwie, wikliniarstwie, strojeniu fortepianów, masażu leczniczym i muzykowaniu.
Niektórzy z absolwentów otwierali własne warsztaty szczotkarskie, wiklinarskie, powroźnicze. Niektórzy działali na własny rachunek jako masażyści, stroiciele instrumentów muzycznych i muzycy. Byli to mikroprzedsiębiorcy.
Po I wojnie światowej, przede wszystkim ociemniali żołnierze, którzy korzystali z pomocy państwa otwierali warsztaty, kioski, otrzymywali gospodarstwa rolne. Stawali się mikroprzedsiębiorcami.
Ewa Grodecka w pracy pt. "Historia niewidomych polskich w zarysie", pisząc o działalności Związku Ociemniałych Wojaków na Wielkopolskę, Pomorze i Górny Śląsk, zamieszcza m.in. informację:
"Nie uważając bynajmniej szczotkarstwa za uniwersalny zawód niewidomych, Związek pomagał wielu swym członkom w uzyskaniu innej, odpowiadającej im pracy. W rezultacie do roku 1930: osady rolne otrzymało z Urzędu Ziemskiego 9 członków, koncesje lub udziały w przedsiębiorstwach koncesyjnych - 29, kioski - 5, sprzedaż gazet - 4. Nadto dwóch zatrudniono w Urzędzie Umundurowania, dwóch w banku przy liczeniu pieniędzy, jednego jako telefonistę, jednego w szpitalu wojskowym jako stenotypistę".
W tej samej pracy Ewa Grodecka informuje, że Związek Cywilnych Niewidomych na Wielkopolskę (1923), który w następnym roku objął również Pomorze, udzielał swoim członkom pożyczek na zakładanie kiosków.
Ewa Grodecka pisze, że Małopolski Związek Ociemniałego Żołnierza "Spójnia" (powstał w lutym 1922 r.) wspierał działalność gospodarczą swoich członków. Czytamy:
"Rozpoczął się teraz drugi etap działalności "Spójni": użytkowanie posiadanych funduszy i stałych dochodów dla bezpośredniej pomocy, udzielanej poszczególnym inwalidom ociemniałym, członkom Związku.
Pomoc ta polegała przede wszystkim na staraniach o koncesje państwowe dla inwalidów oraz na opiece nad prowadzonymi przez nich przedsiębiorstwami, zwłaszcza w pierwszych najtrudniejszych miesiącach".
Niewiele znalazłem informacji na temat działalności gospodarczej na własny rachunek w okresie międzywojennym i żadnych informacji dotyczących poszczególnych osób zajmujących się taką działalnością. Udało się tylko ustalić, że były osoby, które prowadziły działalność gospodarczą na własny rachunek.
Po 1945 r. wyróżniamy kilka okresów, które różnią się podejściem do działalności gospodarczej. Bezpośrednio po wyzwoleniu i proklamowaniu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej odbudowywane są i powstają nowe zakłady rzemieślnicze, sklepy i fabryczki. Można przyjąć, że działalność gospodarczą na własny rachunek podejmowały również osoby niewidome.
W miarę postępów budowy socjalizmu zmieniał się na gorsze stosunek do prywatnej inicjatywy. Społeczeństwo polskie odzwyczajane było od przedsiębiorczości. Rozwijana była niemal wyłącznie gospodarka uspołeczniona - przedsiębiorstwa państwowe i spółdzielcze. Wyjątek stanowiło rolnictwo, którego nie udało się skolektywizować. Pozostały głównie gospodarstwa indywidualne, rodzinne. Niektóre z tych gospodarstw prowadzili niewidomi i słabowidzący właściciele.
W okresie schyłkowym PRL-u zaczęła rozwijać się indywidualna działalność gospodarcza. Jednak jej szybki rozwój nastąpił dopiero po roku 1989, po zmianie ustroju. Wówczas pojawili się również niewidomi przedsiebiorcy, o których można znaleźć sporo informacji w środowiskowej prasie.
 

Janusz Witkun

 
Urodził się w 1938 r. Jest osobą niewidomą w stopniu znacznym. Posiada wykształcenie wyższe prawnicze. Był jedynym w Polsce niewidomym notariuszem, który wykonywał ten zawód od 1973 r. do emerytury. Na podkreślenie zasługuje fakt, że przez wiele lat, jako niewidomy, prowadził w Warszawie własną kancelarię notarialną.
O jego drodze życiowej i karierze zawodowej pisze Anna Wojciechowska-Sobczyk w artykule "W samym środku życia" ("Pochodnia", marzec 1990). Czytamy:
"Studiował prawo w latach 1955-60, mając już bardzo słaby wzrok. Po studiach pracował w Departamencie Spraw Nieletnich w Ministerstwie Sprawiedliwości. Jego specjalnością było prawo karne. Zajmował się zagadnieniami odpowiedzialności nieletnich, organizacją zakładów karnych i schronisk dla nieletnich.
 Ciągnąca się od dzieciństwa choroba oczu spowodowała w 1972 roku całkowitą utratę zdolności czytania, uniemożliwiając dotychczasową pracę. Ówczesne władze sądowe ułatwiły mu, już jako niewidomemu, przejście do pracy w biurze notarialnym. Najpierw był Żyrardów, do którego musiał dojeżdżać ze stolicy. Praca tam pozwoliła mu jednak na przekwalifikowanie się, przestawienie się na problematykę czysto cywilistyczną. Kiedy po przeszło rocznym okresie dojazdów zatrudniono go w Biurze Notarialnym w Warszawie, miał jeszcze nie najgorsze widzenie konturowe, które powoli zanikło. W tej chwili pozostało jedynie poczucie światła.
Podstawowym obowiązkiem niewidomego notariusza Janusza Witkuna jest udzielanie informacji i porad z zakresu problematyki notarialnej. Są to wszystkie sprawy związane z obrotem nieruchomościami, a także spadkowe, rozmaite umowy dotyczące na przykład sprzedaży, porozumienia stron. Do tego dochodzą jeszcze jakieś sprawy podatkowe, które interesanci chcą znać, zanim podejmą działania w biurze notarialnym. Janusz Witkun jest jedyną osobą wyznaczoną do tego celu w biurze. Informuje człowieka przychodzącego wprost z ulicy, który nie wie, co i jak załatwiać, jakie dokumenty są wymagane przy sporządzaniu danej czynności notarialnej.
Każdego dnia przychodzi około 70 interesantów. W poniedziałki więcej, bo biuro jest czynne dłużej. Janusz Witkun obliczył, że w ubiegłym roku udzielił około 15 tysięcy porad i informacji. Nie robi przerw w pracy, więc pod koniec dnia jest bardzo zmęczony, bo przez kilka godzin musi mówić i myśleć. Nikt nie może powiedzieć, że bierze pensję za darmo. Wręcz przeciwnie - musi na nią solidnie zapracować. Najważniejsze jednak, że lubi swoją pracę i sprawia mu ona satysfakcję.
"Tkwię jak gdyby w samym środku życia - rodzinnego, społecznego, gospodarczego - mówi. - Interesanci opowiadają mi często takie rzeczy o swoich sprawach majątkowych, których by nie opowiedzieli gdzie indziej, bowiem wobec notariusza wykazują pełne zaufanie, a on zobowiązany jest do tajemnicy zawodowej. Często są to sprawy bardzo skomplikowane, ciągnące się od dziesiątków lat, trudne dla klientów. Mnie ludzie pokazują na ulicy drogę, abym trafił, a ja im pokazuję, w jaki sposób mogą rozwiązywać swoje problemy".
Pan Janusz przyjmuje klientów przeszło 4 godziny dziennie. Słucha spraw, wyjaśnia, czasem poleca interesantowi, aby zapisał, co ma robić. Gdy trzeba przeczytać dokumenty przyniesione przez klienta, robi to lektorka, której dyskretnie je podsuwa. Wygląda to w sposób naturalny tak, że niewielu domyśla się, że notariusz dlatego sam nie czyta, bo nie widzi. Po godzinach przyjęć zapoznaje się z nowymi przepisami, robi notatki lub przygotowuje do wykładów, które prowadzi dla aplikantów notarialnych. Wymaga to również solidnego przygotowania, ale i ta praca daje mu satysfakcję. Ci młodzi adepci sztuki notarialnej zastąpią w przyszłości obecnych prawników, a on chciałby, by zachowali o nim dobre wspomnienia".
I jeszcze jeden cytat:
"Mój rozmówca podkreśla z naciskiem: "Zawsze staram się zachowywać jak największą samodzielność, nie tylko w pracy, ale również w domu czy na ulicy. Czasem człowiek nabije sobie guza na jakiejś latarni, ale to jest wliczone w koszty".
Pamiętajmy, że informacje te pisane były w 1990 r. Wówczas nie było komputerów. Dostępne były, jako podstawowe, magnetofon i zwykła maszyna do pisania.
 Janusz Witkun pracując w kancelarii notarialnej przygotował się do prowadzenia własnej działalności gospodarczej. W swojej kancelarii, nie był już jednym z kilku prawników, lecz tym najważniejszym, decydującym. Nie mógł też wszystkich czynności wykonywać samodzielnie, lecz musiał zatrudniać pracowników biurowych.
Zanim to jednak nastało musiał pokonać poważne trudności. Mówi o tym w rozmowie z Andrzejem Szymańskim, zatytułowanej "Notariusz na bruku" ("Pochodnia", listopad 1993 r.).
""Kiedy przed 18 laty obejmowałem urząd notariusza, przed drzwiami stała długa kolejka oszustów i naciągaczy. Dowiedzieli się, że przyjmuje niewidomy notariusz, a ja wiedziałem, że w żadnym wypadku nie mogę się pomylić i dowiodłem tego".
Andrzej Szymański przytacza powody odmowy przyznania Januszowi Witkunowi prawa prowadzenia kancelarii notarialnej. Czytamy:
"Mecenas Piątkowski odmowę wyznaczenia siedziby prywatnej kancelarii notarialnej uzasadniał artykułem 16 pkt. 3 "Prawa o notariacie", który stanowi, że stosunek pracy z notariuszem ulega rozwiązaniu, jeżeli na skutek choroby lub ułomności nie może on wykonywać zawodu notariusza. Nowe prawo notarialne, które weszło w życie w lutym 1991 roku, znosiło państwowy notariat. Przez półtora roku sędzia Witkun był jedynym niesprywatyzowanym notariuszem w Polsce. Długoletnia nienaganna praktyka nie mogła stanowić podstaw do rozwiązania stosunku pracy z niewidomym notariuszem. Samorząd notarialny i warszawska Rada Notarialna pozytywnie oceniły jego fachowość i zaopiniowały wniosek o wyznaczenie prywatnej kancelarii".
 Oddaję jeszcze raz głos Januszowi Witkunowi: Stwierdził on, "iż minister Piątkowski uzasadniał swą decyzję w sposób obłudny. Moty wował ją tak:
"Chodzi tu o ochronę interesu państwa i społeczeństwa oraz samego notariusza, który musiałby płacić odszkodowanie w razie popełnionego błędu". "A przecież mój klient składa również oświadczenie głosem, a ja jeszcze nie jestem głuchy. Poza tym od 12 lat mam doskonałego lektora. W pracy pomaga mi też żona. Teraz w dobie postępu technicznego możliwość podrobienia jakiegokolwiek dokumentu jest ogromna i nawet widzącego łatwo oszukać".
Jak już wiemy, trudności te zostały przezwyciężone i mieliśmy w Polsce niewidomego notariusza, który prowadził własną kancelarię notarialną.
Janusz Witkun był też działaczem społecznym w środowisku niewidomych. Przez wiele lat sprawował funkcję przewodniczącego Okręgowego Sądu Koleżeńskiego PZN w Warszawie, a następnie przez kilka kadencji przewodniczącego Głównego Sądu Koleżeńskiego PZN.
 Do jego zainteresowań należy: historia, literatura i muzyka.
 

Jerzy Ogonowski

 działacz społeczny
tłumacz przysięgły
 
Jerzy Ogonowski urodził się w 1943 r. w Cieplicach. Jest osobą całkowicie niewidomą. Szkołę podstawową ukończył w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Niewidomych we Wrocławiu. do liceum ogólnokształcącego uczęszczał w rodzinnych Cieplicach, a następnie ukończył Wyższe Studium Języków Obcych na Uniwersytecie Warszawskim (obecnie Instytut Lingwistyki Stosowanej). Wymagane były dwa języki. Jerzy kontynuował te, których uczył się w liceum, tj. rosyjski i francuski.
Po ukończeniu studiów zamieszkał we Wrocławiu. Jest ojcem i dziadkiem. Wychował trzech synów.
 Sylwetkę Jerzego Ogonowskiego przedstawiam na podstawie rozmowy zamieszczonej w miesięczniku "Wiedza i Myśl" (luty 2010 r.) pt. "Interesująca praca". Przytaczam niektóre pytania i odpowiedzi z tej rozmowy.
- "Pracujesz jako tłumacz, w tym od wielu lat jako tłumacz przysięgły. Wymaga to wysokich kwalifikacji fachowych i moralnych. Nie pytam o te moralne, bo to oczywiste, ale może zechcesz powiedzieć naszym Czytelnikom, jakie posiadasz kwalifikacje fachowe, gdzie i kiedy je zdobyłeś?
 Ukończyłem najpierw w Warszawie czteroletnie zawodowe Wyższe Studium Języków Obcych, w którym kształcono też tłumaczy. Była to pierwsza szkoła lingwistyczna, w której podjęto nauczanie języka współczesnego z niewielkimi odniesieniami do najnowszej historii. Po ukończeniu tego studium rozpocząłem pracę, o czym chyba powiemy szerzej potem. Po sześciu latach zdecydowałem się na podjęcie rocznych studiów magisterskich w Instytucie Lingwistyki Stosowanej, bo taką nazwę przybrało poprzednie WSJO, stając się uczelnią dającą dyplom magisterski. Pracę pisałem już w oparciu o sześcioletnie zawodowe doświadczenie tłumacza tekstów technicznych. Pewnie dlatego na zakończenie obrony moje kompetencje zostały ocenione przez komisję bardzo wysoko.
Kiedy nastąpił przełom, stare układy padły i trzeba było zacząć samodzielną pracę. Wtedy też okazało się, że poszukiwani są raczej tłumacze przysięgli, żeby ponosić pełną odpowiedzialność za wykonaną pracę. Podjąłem starania, aby zostać tłumaczem przysięgłym. Znacznym ułatwieniem był fakt, że we wrocławskiej palestrze pracowały na stałe i były szanowane dwie niewidome panie pełniące funkcję adwokatów: Danuta Góralska i Barbara Kaszubska, które zresztą poważnie i aktywnie włączyły się w pomoc w ustanowieniu mnie tłumaczem przysięgłym. Były pewne kłopoty, wątpliwości, ale ostatecznie przesądził fakt, że mogłem posłużyć się optaconem, który dawał samodzielny dostęp do tekstu. A potem pojawiły się komputery i różne inne usprawnienia. W miarę zdobywania doświadczeń zawodowych wpisywałem się na różne rejestry i listy, uzyskiwałem autorytet wśród młodszych tłumaczy ze względu na wiedzę. Po latach to już nie ja poszukiwałem poparcia i informacji, ale u mnie zaczęto tego poszukiwać, a ostatecznym poświadczeniem sukcesu stał się taki oto fakt, że kiedy już prowadziłem własną działalność gospodarczą jako tłumacz przysięgły, pewien klient wywołał mnie z przychodni (bo akurat musiałem pójść na wizytę lekarską), twierdząc, że nie mogę teraz iść do lekarza, bo on był u konkurencji, "a ta konkurencja, panie, powiedziała, że oni z tym sobie rady nie dadzą, wysłali mnie do pana, a jeszcze powiedzieli, że jak pan się tego nie podejmie, to żebym już nigdzie nie chodził, bo to znaczy, że nikt tego nie zrobi". Myślę, że był to dzień, w którym zostałem rasowym tłumaczem przysięgłym.
Ponadto ukończyłem podyplomowe studia - trzysemestralne studium religioznawczo-etyczne oraz dwusemestralne studium filozoficzne przy Uniwersytecie Wrocławskim, ponieważ zawsze tego rodzaju inwestycje bardziej mnie interesowały aniżeli gromadzenie nadmiaru dóbr materialnych.
- Od dawna pracujesz na własny rachunek. Czy wcześniej byłeś zatrudniony w jakiejś firmie lub może pracowałeś w innym zawodzie?
Po ukończeniu WSJO Adolf Szyszko, zajmujący się w ZG PZN zatrudnieniem, wysłał swego pracownika Zbigniewa Skalskiego do Wrocławia, aby ten rozeznał możliwości pracy w moim rodzinnym mieście. A że człowiek był uparty i dociekliwy, a kiedy wyrzucali go jednymi drzwiami, wracał drugimi i drążył temat, załatwił mi zatrudnienie w Nauczycielskiej Spółdzielni Pracy, w której był dział tłumaczy. Zaraz jesienią okazało się, że praca ta polega przede wszystkim na obdarowywaniu prezentami Pana Prezesa i Pani od spraw jego, aby dostać jakieś drobne zlecenie. Wykonałem jedno zlecenie i nagle się okazało, że wyczerpałem roczny limit prac zleconych, który wynosił 750 zł. Zwróciłem się do Komitetu Wojewódzkiego PZPR o pomoc i bardzo szybko dostałem stałą pracę w drodze pewnego rodzaju handlu. Trafiłem akurat na moment, że Prezes spółdzielni nauczycielskiej ubiegał się o etat (wtedy etaty rozdzielano w komitetach, a nie stosownie do potrzeb gospodarczych). Prezes otrzymał etat, ale że decydentka uznała moje aspiracje i wiedzę, poinformowano Prezesa, iż spółdzielni przysługują dwa etaty, a ten drugi jest dla niewidomego tłumacza. Przez kilka lat nie było to dla mnie lekkie życie. Prezes przyjął zasadę, że nie tylko musi, ale także może mieć ze mnie realne korzyści. I tak, kiedy nie chciał dać mi jakiegoś zlecenia, wyjaśniał, że jestem młody, a tekst jest trudny. A kiedy nie chciał dać pracy komuś innemu, to wyjaśniał, że on by i owszem, ale - rozumieją państwo - mam obowiązki narzucone przez komitet wojewódzki...
Potem przyszły lata gierkowskie i duże zapotrzebowanie na tłumaczy. Tak więc postanowiono rozbudować komórkę. Byłem jedyny na etacie i posłużyłem jako wzór, w oparciu o który można zbudować nowy dział. Sytuacja gospodarcza powodowała, że już prezentów nie dawano, bo tłumaczeń trzeba było dużo. A kiedy nastały lata osiemdziesiąte, włączyłem się we wszystkie możliwe struktury spółdzielni, od sekretarza POP PZPR do założyciela komitetu zakładowego Solidarności, od zarządu spółdzielni po radę nadzorczą. Sprawa była stosunkowo łatwa, bo starzy wyjadacze chleba z dawnych układów, nie wiedząc, co jest grane, starali się lawirować i nie zajmować eksponowanych stanowisk. Kiedy już zaczęli wracać do siebie, ja miałem grupę tłumaczy, którym obiecałem, że będę śledził wydarzenia i gdy tylko nadejdzie dogodna sytuacja, założymy własną spółdzielnię. Stało się to stosunkowo szybko. Ale i ta spółdzielnia okazała się jeszcze niedostosowana do nowego ustroju. Wtedy przeszedłem na własną działalność, najpierw jako spółka z o.o., potem jako tłumacz przysięgły - osoba fizyczna, a teraz w formie spółki cywilnej.
Okres pracy w spółdzielni bywał różny. Oprócz wspomnianego już wykorzystywania mnie do uzasadniania takiego czy innego stanowiska prezesa problemem było to, że rozdziałem tłumaczeń zajmowały się osoby niekompetentne. Bywało, że miałem na zleceniu instrukcję podnośnika na 25 stron, a to był dźwig na 320 stron. Kiedy próbowałem sprawę wyjaśniać, pani zdenerwowana mówiła, że ona już przecież wystawiła inne zlecenie - i co tu zrobić. Dopiero po sześciu latach jeden z tłumaczy zdecydowanie zareagował na głupie gadanie prezesa, że jestem młody, niedoświadczony itp. i zawołał: "Panie, a ileż lat ten człowiek może być młody! Ja te tłumaczenia czytam i nie tylko nie widzę tam młodości, ale jeszcze czegoś się uczę". To był inżynier, który sprawdzał moje tłumaczenia, a studia techniczne kończył we Francji. I tak po latach znalazł się ktoś, kto zamknął usta głupiemu prezesowi.
Sytuacja zmieniła się diametralnie, kiedy z pozycji szaraczka przeszedłem na pozycję organizatora nowej spółdzielni. Nie było we mnie ambicji prezesowania, chciałem tłumaczyć, natomiast miałem konkretny wpływ na obsadzanie stanowisk. Siebie obsadziłem jako przewodniczącego rady nadzorczej i spokojnie robiłem to, co najbardziej lubię i najlepiej umiem, tj. tłumaczenia. Porównując jednak wszystkie okresy, stwierdzam, że nigdy nie zamieniłbym z powrotem pracy na własny rachunek na pracę najemną. Praca na własny rachunek może nie daje gwarancji w postaci pensji, jakiegoś zabezpieczenia (chociaż teraz i to już jest dość wątpliwe), ale zapewnia pełną swobodę wyboru działania i postępowania A jeśli ponosi się jakieś konsekwencje negatywne, to w ostatecznym rachunku ode mnie wszystko zależy, nie jestem narażony na nastroje, humory, niski poziom intelektualny i moralny żadnego szefa. Ale też za wszystko sam odpowiadam, tyle że mnie to akurat zupełnie nie przeszkadza.
Zaraz po studiach nie miałem praktycznie żadnej wiedzy w zakresie słownictwa technicznego. Ważną cechą tamtej pracy był fakt, że przewidywano tzw. weryfikację tłumaczenia przez drugiego tłumacza. Taki tłumacz wykorzystywał to niekiedy, aby wykazać, że jest ode mnie lepszy, i potem chciał, aby to jemu powierzono następne podobne zlecenie. Ale spotykałem też wielu życzliwych mi ludzi, jak np. wymieniony już inżynier po studiach we Francji, a także inżynier kolejnictwa z Rosji. Ci ludzie zawsze stawali w mojej obronie, jeśli coś niedobrego się działo. Bacznie śledziłem poprawki weryfikatorów, przy czym trzeba jeszcze było nabyć umiejętności odróżnienia poprawek merytorycznych od politycznych, które miały na celu podważenie moich kompetencji. Wraz ze zmianą ustroju instytucja tzw. weryfikacji znikła. Teraz już nie ja korzystam, ale w ramach Polskiego Towarzystwa Tłumaczy Przysięgłych i Specjalistycznych, gdzie jestem członkiem rady naczelnej i prezesem koła dolnośląskiego, organizuję szkolenia dla tłumaczy, młodych i starych.
- Tłumaczysz z języków francuskiego i rosyjskiego. W którym z tych języków praca jest łatwiejsza i daje Ci więcej zadowolenia?
Język nie jest tu istotny.
- W 1993 roku zostałeś ustanowiony tłumaczem przysięgłym. Czy byłeś pierwszym niewidomym tłumaczem przysięgłym w Polsce?
Nie, pierwszym był Wojtek Maj. Ale to nie miało większego znaczenia. Nikt nie śledzi losów tłumaczy przysięgłych, zatem minister Piątek, który mnie ustanawiał, nie miał pojęcia o Wojtku. Pomogły panie mecenas Kaszubska i Góralska, lata udokumentowanej pracy, a także optacon i opinia PZN, co to za urządzenie. Ostatecznie zostałem ustanowiony nie przez prezesa sądu wojewódzkiego, lecz przez ministra. Podczas rozmowy w sądzie przewodniczący powiedział, że tak wysokich kwalifikacji dawno nie widzieli, natomiast chodzi o to, aby nikt nie miał wątpliwości co do rękojmi (jest taki punkt w ustawie), dlatego najlepiej sprawę odesłać do ministra. No i odesłali, a minister Piątek okazał się mądrym człowiekiem. I tak stałem się tłumaczem przysięgłym języka francuskiego i rosyjskiego".
- "Opowiedz naszym Czytelnikom o blaskach i cieniach Twojej pracy. Jak ją wykonujesz, czy zatrudniasz osoby widzące do pomocy albo do współpracy?
Technika pracy, wbrew pozorom, jest bardzo prosta. Kiedyś to był magnetofon, optacon, maszyna do pisania i lektor. Teraz jest komputer i wspólniczka. Dawniej nagrywałem tekst z lektorem, pisałem na maszynie, a potem jeszcze robiło się korektę, co było dość skomplikowane, bo maszynopisu nie dało się tak poprawiać jak teraz na komputerze. Istniała natomiast instytucja weryfikatora, a poza tym na czysto przepisywały maszynistki. Potem trzeba było wszystko robić samodzielnie, bo nikt nie chce płacić za weryfikację, przepisanie itp. W momencie przejścia na komputer sprawa się znacznie uprościła, bo tłumaczenie często pisze się na tym samym tekście, a potem współpracownik może to bez trudu upiększyć, poukładać, ustawić graficznie.
Kilkakrotnie spotkałem się już z opinią, że teksty wychodzące z mego biura odznaczają się bardzo dobrą stroną graficzną. Jest tak dlatego, że zdaję sobie sprawę z pewnych niemożności i nie wierzę do końca komputerowi. Domaganie się, aby niewidomy czy osoba niepełnosprawna w ogóle była absolutnie samodzielna, jest zwykłą hipokryzją, bo nigdzie tak nie jest, żeby ktoś robił wszystko sam. Chodzi tylko o właściwy podział pracy. Od wielu lat pracuję w spółce cywilnej z moją synową, nie na zasadzie lektor - niewidomy tłumacz, lecz dzielimy dochody na pół, ponieważ ona zajmuje się stroną administracyjną, graficzną i organizacyjną, a ja - merytoryczną. Zgromadzona baza komputerowa oraz wiedza zdobyta przez wspólniczkę przez lata pracy ze mną pozwala na zorganizowanie pracy tak, abym nie musiał zajmować się sprawami drugorzędnymi z uszczerbkiem dla meritum.
Każde przemiany przynoszą skutki pozytywne i negatywne. Przy pisaniu na maszynie nie była ważna grafika ani specjalne rozmieszczenie tekstu, a po wprowadzeniu komputera to ostatnie stało się niekiedy ważniejsze od samej treści (na przykład w folderach reklamowych). A teraz pojawia się bardzo poważne zagrożenie, które może mnie już nie będzie dotyczyć: chodzi o to, że zaczyna funkcjonować wiele programów tłumaczących. Obok takich ot sobie gadżetów, mamy do czynienia z realnymi programami rewolucjonizującymi tę dziedzinę. Jak by na sprawę samodzielności niewidomego z komputerem nie patrzeć, to nigdy nie zdąży on szybko odczytać kilkudziesięciu propozycji i wybrać prawidłową, bo na to trzeba czasu, podczas gdy osoba widząca rzuci okiem i od razu dobierze powtarzalny tekst, który niekiedy ma kilkanaście stron. Jeśli klientowi nie zależy na czasie, to pół biedy, ale pojawiają się już jaskółki, że sprawny użytkownik takiego nowoczesnego programu jest w stanie zrobić bardzo duże tłumaczenie jednego dnia, bo program wybiera i odpowiednio zaznacza kolorami stosowne fragmenty, a zadaniem tłumacza jest tylko rzeczy poukładać i uzupełnić zmianami i brakami. Oto nowe zadanie dla firm komputerowych, byle tylko zechciały się tym zająć, bo na razie produkują głównie coraz droższe wieloczynnościowe urządzenia, bez ukierunkowania na taki czy inny zawód".
 Ostatnie zdania Jerzego Ogonowskiego świadczą, jak postęp w różnych dziedzinach wpływa na możliwości osób niewidomych. Postęp ten stwarza im wielkie możliwości, ale i stanowi zagrożenie. Obserwujemy to zjawisko w wielu dziedzinach, w możliwościach wykonywania czynności życia codziennego oraz czynności zawodowych.
 

Jarosław Put

 
Sylwetkę przedsiębiorcy prezentuję na podstawie rozmowy Liliany Laske, którą zamieściła "Pochodnia" w czerwcu 2007 r. pt. "Ciągle w ruchu". A oto dwa obszerne fragmenty tej rozmowy.
 
Jarosław Put jest niewidomym biznesmenem, prawnikiem, dziennikarzem i społecznikiem. Prowadzi firmę "Tyflopol". Jest żonaty i ma dwoje dzieci. W śląskiej edycji konkursu "Lodołamacze 2007" zajął pierwsze miejsce w kategorii "Niepełnosprawny przedsiębiorca".
Poniżej kilka pytań i odpowiedzi z wymienionej wyżej rozmowy:
"- Od jak dawna prowadzisz własną firmę?
- Od pięciu lat. Rozpoczynałem w branży medycznej od własnego gabinetu masażu leczniczego, ale to nie był trafiony biznes. Moja prawdziwa przygoda z pracą na własny rachunek rozpoczęła się jednak dopiero po ukończeniu studiów prawniczych, w 2004 r. Początkowo świadczyłem usługi, wdrażając na wolnym rynku pracy systemy pozwalające pracodawcom uzyskać dofinansowanie na zatrudnienie osoby niepełnosprawnej. Później doszło dystrybuowanie sprzętu dla osób niewidomych. I tak ciągnę do dziś.
- Trochę mnie dziwi, że przedsiębiorcy zwracają się do Ciebie w sprawach związanych z zatrudnianiem osób niepełnosprawnych. Nie pomagasz im przecież za darmo. Tymczasem takie same usługi nieodpłatnie świadczy Polska Organizacja Pracodawców Osób Niepełnosprawnych oraz inne instytucje.
- No nie! Nie jestem w tej branży żadnym potentatem i nie stanowię konkurencji dla POPON-u! Świadczę usługi głównie na rzecz małych firm. Wdrażam im i rozliczam tzw. SOD, informuję, w jaki sposób można uzyskać np. zmniejszenie wpłaty na ubezpieczenie społeczne. Można powiedzieć, że sprzedaję swoją wiedzę. Obecnie przygotowujemy w "Tyflopolu" akcję marketingową, chcemy "uderzyć" m.in. do izb gospodarczo-rzemieślniczych. Do tej pory nasza reklama odbywała się na zasadzie poczty pantoflowej. Klienci, zadowoleni z naszych usług, polecali nas innym..."
 
 ***
 
" - Wiem, że sporo czasu poświęcasz pracy społecznej.
- Rozpoczynałem w stowarzyszeniu "Niepełnosprawni Razem". Założyłem je wraz z kilkoma znajomymi, ale w pewnym momencie uznałem, że rozwijam się tam zbyt wolno. Rozpierała mnie energia, tymczasem wokół mnie byli ludzie, którzy chcieli, abym ja wszystko zrobił, przygotował, a oni tylko przyjdą na gotowe. Zdecydowałem się na całkowitą reorganizację. Zmieniłem nazwę na Stowarzyszenie Inicjatyw Społecznych InPlus, "zwerbowałem" do zarządu Marka Plurę - znanego na Śląsku radnego na wózku inwalidzkim, inicjatora różnych działań na rzecz niepełnosprawnych.
- Skąd pozyskujecie pieniądze na działalność?
- Jak większość organizacji, przygotowujemy granty do Unii Europejskiej. Ostatnio na przykład złożyliśmy wniosek w ramach programu "Młodzież" oraz na warsztaty dziennikarskie. Urząd Miasta Katowice przyznał nam dotację na zorganizowanie na Górnym Śląsku trzech turniejów piłki toczonej, mamy w planach utworzenie tyflologicznej kafejki internetowej. Naszym najbardziej ambitnym marzeniem jest jednak uruchomienie zakładu aktywizacji zawodowej. Mamy już na to przedsięwzięcie błogosławieństwo władz miasta.
- Jesteś również dziennikarzem radiowym...
- Praca w radiu była moim odwiecznym marzeniem. Zacząłem dzwonić po różnych radiostacjach, żeby jakoś rozpropagować stowarzyszenie, jednak nie bardzo się to wszystko kleiło. Aż trafiłem do radia eM. Przyszedłem tam z gotową ofertą programową, od razu powiedziałem, co chcę robić, no i zadziałało! Wpuszczono mnie na antenę. Obecnie wraz z Markiem Plurą i Łukaszem Turą prowadzę w każdy wtorek godzinną audycję dla niepełnosprawnych. Jest ona kierowana do wąskiego kręgu odbiorców, ale mamy stałych słuchaczy. W czasie jej trwania odbieram około pięciu telefonów.
- Jesteś osobą niewidomą od urodzenia, czy też człowiekiem ociemniałym?
- Wadę wzroku miałem od urodzenia, jednak początkowo nie była ona zbyt dokuczliwa. Jeszcze w pierwszych klasach szkoły podstawowej mogłem jeździć na rowerze!! Grałem też w drużynie piłkarskiej. Wyrzucono mnie z niej, gdy przestałem zauważać piłkę. Wzrok zaczął się pogarszać i w wieku 10. lat skierowano mnie do szkoły dla niewidomych na Tynieckiej w Krakowie. Mój wychowawca chyba stwierdził, że słabowidzący uczeń jest zbyt kłopotliwy. Wtedy zresztą były troszkę inne czasy. Całkowicie widzieć przestałem, gdy miałem 17 lat. Po ukończeniu liceum zdecydowałem się kontynuować naukę w dwuletnim studium masażu leczniczego. Zrezygnowałem z tego zawodu, gdyż jest on mało opłacalny, a że mam rodzinę (jestem szczęśliwym mężem i ojcem dwójki dzieci: dwuletniej Karolinki i sześcioletniego Sławka), chciałem jej zapewnić lepszy byt. Poszedłem więc na studia prawnicze, znalazłem dobrą pracę, następnie założyłem własną firmę i tak się to jakoś wszystko skumulowało w całkiem przyzwoitą sferę zawodową. Niestety, mam bardzo mało czasu dla rodziny i żona troszkę zaczyna narzekać, że ją zaniedbuję.
- Czy chciałbyś coś przekazać czytelnikom "Pochodni"?
- Po pierwsze, że jest mi niezmiernie miło, iż znalazłaś czas, aby ze mną porozmawiać. Po drugie, chciałbym, żeby wszyscy czytający ten wywiad uwierzyli, że jeśli mają jakieś marzenia, to one naprawdę mogą się spełnić. Trzeba tylko troszeczkę im dopomóc. Ja jestem tego żywym przykładem. To, że jesteśmy niepełnosprawni, wcale nie znaczy, że jesteśmy gorsi. Wręcz odwrotnie. Mnie przynajmniej ta moja niepełnosprawność w wielu punktach pomogła".
 

 Ryszard Cebula

 
Jest działaczem Polskiego Związku Niewidomych, przewodniczącym Podkarpackiego Okręgu PZN i członkiem Zarządu Głównego PZN. Prowadzi własną firmę.
Jest członkiem założycielem Fundacji Polskich Niewidomych i Słabowidzących "Trakt". Od marca 2005 do maja 2006 był przewodniczącym Rady Fundacji.
Jego sylwetkę znajdujemy w "Biuletynie Informacyjnym Trakt" z lipca 2005 r. Czytamy:
"Mgr Ryszard Cebula - fundator i przewodniczący Rady Fundacji
Urodzony w 1953 r., znaczny stopień niepełnosprawności. Wzrok tracił stopniowo, od 1987 r. jest osobą niewidomą. Posiada wykształcenie wyższe matematyczne. 11 lat pracował jako nauczyciel. Od 1991 r. z powodzeniem prowadzi własną działalność gospodarczą - handel artykułami biurowymi. Jego firma zatrudnia prawie 50. pracowników. W rankingach wykazywana jest wśród stu najlepszych firm województwa podkarpackiego. Od 1999 r. pełni funkcję przewodniczącego Zarządu Podkarpackiego Okręgu PZN i członka ZG PZN.
Poza pracą zawodową i działalnością społeczną interesuje się sportem wyczynowym".
Z pewnością kierowanie pracą kilkudziesięciu osób, szukanie klientów, kontakty z nimi, polityka ekonomiczna firmy wymagają umiejętności, których większość ludzi widzących nie posiada, a brak wzroku, z pewnością, Ryszardowi Cebuli nie ułatwia kierowania sporą firmą.
 

Marek Kalbarczyk

 
Na skutek choroby w wieku dwunastu lat utracił wzrok. Uczył się w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Słabowidzących w Warszawie i Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Niewidomych w Laskach Warszawskich. Uczęszczał do ogólnodostępnego liceum ogólnokształcącego w Warszawie. Był bardzo dobrym uczniem i jako jeden z najlepszych dostał się bez egzaminów na Wydział Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego.
Po studiach pracował w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Opracował tam oprogramowanie przetwarzające dane o stanie wód w kraju. W 1989 r. został współzałożycielem Firmy "Altix", a w 1991 prezesem tej spółki. O spółce dowiemy się z wypowiedzi Marka Kalbarczyka, które zamieszczam poniżej.
 Marek Kalbarczyk jest żonaty i ma czterech synów.
Przez dwa lata (1994-1995) prowadził w TVP program "Razem czy osobno". Jest pomysłodawcą i współorganizatorem cyklicznej konferencji "Reha for the Blind in Poland", a także ogólnopolskiej akcji "Tyflobus - zobacz świat niewidomych".
Za liczne publikacje dla niewidomych otrzymał medal "W służbie polskiej oświaty". W 2009 r. został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, a w 2017 r. Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
 "Wiedza i Myśl" w styczniu 2010 r. opublikowała rozmowę z Markiem Kalbarczykiem pt. "20 lat pracy dla niewidomych i dla siebie". Oto kilka pytań i odpowiedzi z tej rozmowy:
 - Jest Pan informatykiem, przedsiębiorcą, autorem publikacji i kim jeszcze?
Jestem przede wszystkim zwyczajnym gościem, który lubi pracować i pomagać. Nudzę się, gdy nie pracuję lub komuś czegoś nie załatwiam. Mam rozległe zainteresowania, więc w swoim towarzystwie na szczęście się nie odczuwam nudy. Człowiek powinien starać się być ciekawy dla innych, ale wręcz musi być interesujący dla samego siebie. Sam tego nie osiągnie, toteż ważne jest, by ktoś mu w tym od początku życia pomagał. Ja właśnie tak miałem. Dzięki mamie, nauczycielom w ośrodkach w Warszawie przy Koźmińskiej i w Laskach, w zwyczajnym warszawskim liceum, przyjaciołom na UW, wielu niewidomym i niedowidzącym, których wszyscy znają, oraz przedstawicielom mediów, polityki i gospodarki stałem się kompetentny w wielu dziedzinach. Kiedyś chciałem być muzykiem. Gdy miałem 7 lat, wybito mi to z głowy, ale już wtedy marzyłem, by opowiadać o znanym mi świecie poprzez muzykę. Miałem i mam za mało do tego talentu, ale muzykiem amatorem jestem i bardzo mnie to cieszy. Potem zmieniłem zainteresowania na matematyczne. Tu mi poszło lepiej, ale w związku z tym, że w tej dziedzinie byłem zdolny, więcej czasu poświęcałem na inne rzeczy. Uwielbiałem się uczyć geografii i historii. To były moje prawdziwe pasje w szkole. Są zresztą do dzisiaj. Jesteśmy z żoną obłożeni książkami o tej tematyce. Potem doszła do tego religia i kuchnie świata. Ostatnio widać dorosłem, bo nie muszę opowiadać o moim świecie przy pomocy muzyki, lecz mam odwagę mówić o tym bezpośrednio. Jak się okazało, potrafię pisać i sprawia mi to mnóstwo przyjemności.
Tylko jedno szło mi średnio. Nie wysilałem się podczas pracy w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej, co do dzisiaj sobie wyrzucam. A pracowałem tam aż 7 lat, przed założeniem firmy Altix i już po jej założeniu, od roku 1986. Przedtem studiowałem, a potem mozolnie szukałem zatrudnienia. Pomimo świetnych referencji nie mogłem go znaleźć, bo niewidomych właściwie nigdzie nie chciano.
- Pańska firma, jako pierwsza w Polsce, podjęła pracę nad opracowaniem programu udźwiękowiającego komputer, co umożliwia posługiwanie się nim przez niewidomych. Czy tak było? Czy Altix jako pierwszy wyprodukował taki program? Jeżeli tak, kto był jego twórcą? Czy obejmuje to również pierwszą polską mowę syntetyczną? Kto był jej twórcą?
Gdy zająłem się syntezą mowy, nikt nie oferował na rynku syntezatora mówiącego po polsku. Nasz syntezator był pierwszy. Jego twórcą oraz autorem pierwszego programu odczytującego tekst wyświetlony na ekranie komputera byłem ja. Należy jednak przypomnieć, że istniały już inne syntezatory, tyle że jedynie w postaci prototypów. Nie mogliśmy się na nie doczekać.
Kiedy podjąłem pracę w IMGW i miałem tworzyć programy na komputerze IBM PC, nie było żadnych narzędzi dla niewidomych umożliwiających wykonywanie tego zawodu. Syntezatory mowy były drogie i mówiły tylko po angielsku. Nie ma problemu z tym językiem poza jednym: gdy taki syntezator napotyka polski znak diakrytyczny, to się obraża i odmawia posłuszeństwa. Zacząłem więc poszukiwać rozwiązania na własną rękę. Znalazłem. Zaprzyjaźniłem się z Janem Grembeckim, którego przekonałem do zrobienia prostego syntezatora mowy, byle tylko czytał tekst z ekranu. Okazało się, że właśnie to jest tematem mojego życia. On dał się przekonać i nagrał stosowne dźwięki, a ja ułożyłem listę fonemów, algorytm mowy, intonacji, odczytywania liczb. Potem z pomocą Igora Busłowicza napisałem program odczytujący treść z ekranu o nazwie Readboard. Nie wiedziałem jeszcze, co to dla mnie i dla moich bliskich oznacza, ale gdy ten syntezator został zamknięty w idiotycznej szafie jednej z fundacji, stworzyłem firmę.
- Altix działa już ponad 20 lat. Obecnie jest największą firmą tyfloinformatyczną w kraju, a był pierwszą o tym profilu. Proszę poinformować naszych Czytelników, czym dokładnie zajmuje się Altix, jak jest rozbudowany, ilu zatrudnia pracowników?
Altix jest firmą tyfloinformatyczną i nie zamierzamy zmieniać jej profilu. Przez 20 lat wygrywamy konkurencję, bo nam na tym zależy. Zysk nie stanowi dla nas najważniejszego celu. Zadowoleni klienci i tak dbają o naszą kondycję. To tak jak z dobrym lekarzem, który nie myśli o zarobku, lecz o leczeniu. My chcemy jak najlepiej doradzić, jak żyć i w jaki sposób zniwelować skutki inwalidztwa.
Od dłuższego czasu Altix zatrudnia około 55 osób, w tym stale około 20 niewidomych i słabowidzących. Mamy 16 biur i sklepów w kraju, żeby być bliżej naszych klientów. Sprzedajemy wszystko, co służy nowoczesnej rehabilitacji inwalidów wzroku. Jesteśmy reprezentantem światowych potentatów w tej dziedzinie, takich jak Freedom /Scientific, Dolphin, Optelec, Index, View Plus itd. Generalnie mamy się dobrze, a nawet coraz lepiej. Nasza oferta jest niezrównana, co przysparza nam sympatii klientów i antypatii konkurentów. Nie zamierzamy być firmą dużą, bo obecna wielkość nam odpowiada. Zatrudniamy bardzo ciekawych ludzi aż przyjemnie z nimi porozmawiać i ich poznać.
- Obecnie Altix ma wielki dorobek, ale chyba zajmuje się przede wszystkim handlem i spolszczaniem zagranicznych programów komputerowych dla niewidomych?
Głównie tak, ale cały czas sprzedajemy syntezator mowy Speak, który jest windowsowską wersją Readboarda. Do tego dochodzi znakomity program Igora Busłowicza Brajl, świetnie formatujący brajlowski tekst do wydruku i używany w polskich drukarniach brajlowskich. Mamy też dwa nowe produkty programistyczne. Euler to program matematyczny dla niewidomych, który w obiektywnym głosowaniu wygrał statuetkę Idola na Reha for the Blind in Poland 2008. Natomiast Magni to symulator magnetofonu, który odczytuje pliki tekstowe, pokazuje je w brajlu i tworzy ich wersję mp3. Teraz czekamy na całą gamę mówiących urządzeń codziennego użytku, które wytwarzamy daleko stąd. Z kolei na tegorocznej Reha zademonstrujemy mówiącą mikrofalówkę udźwiękowioną w Polsce.
- Nie mogę pominąć pytania dotyczącego wielu kontrowersyjnych wypowiedzi na temat Altixu na środowiskowych listach dyskusyjnych. Często są one niekorzystne dla Pańskiej firmy, wyrażają niepochlebne opinie. Żadna inna firma nie budzi takich emocji jak Altix. Czy może Pan wyjaśnić to zjawisko?
Nie wiem, czy mi się to uda, ale spróbuję. W każdej dziedzinie najwięksi są najmniej lubiani oraz najskrupulatniej oceniani. Do tego dochodzi fakt, że jesteśmy - i zależy nam na tym - wyraziści. Nie owijamy niczego w bawełnę, lecz mamy mocno skrystalizowane poglądy. Uważamy na przykład, że rehabilitacja to dziedzina medycyny i nie zgadzamy się, aby rehabilitacją niewidomych zajmowały się zwykłe firmy komputerowe. Pytam: z jakiej racji i po co? Dla kasy oczywiście robi się różne rzeczy, ale gdyby czytelnicy wiedzieli, jakie ja słyszałem w tej sprawie teksty, to by się już do tych firm nie udawali. Uważamy, że tytuł programu dofinansowań "Komputer dla Homera" to ogromny błąd. Co to ma do rehabilitacji? Niewidomych i niedowidzących nie rehabilitują komputery ani Homer, lecz urządzenia dające nam dostęp do informacji. Trzeba się na nich znać, bo są mocno specyficzne. Wtedy ważny jest prawdziwy specjalista, a nie facecik ze sklepu komputerowego, który może wystawić fikcyjną albo częściowo fikcyjną fakturkę. Poza tym, czy fakt naszego pierwszeństwa niemal we wszystkim da się lubić? Nasza merytoryczna przewaga jest tak duża, że jednych to denerwuje, a inni nie wierzą, że w ogóle jest ona możliwa! Oczywiście, poza Altixem też robi się dużo dobrego. Z tymi, którzy się starają, chętnie współpracujemy. Omijamy jednak innych, którzy udają, że coś robią, i odcinają kupony od swojej nieciekawej działalności. Jesteśmy ustawicznie przeciwni procederowi wrzucania na nasz rynek idiotycznych produktów za wysokie ceny i marketingowego nabierania klientów. Oni wierzą, że kupują dobre produkty i nie rozumieją naszych opinii. Dopiero poniewczasie przychodzi zrozumienie. Wcześniej jednak dostajemy lanie w postaci krytycznych listów o nas".
Sylwetka Marka Kalbarczyka nie byłaby pełna bez kilku słów dotyczących dwóch jego dzieł - Fundacji "Szansa dla Niewidomych" i Międzynarodowej Konferencji Reha for the Blind in Poland.
W informacji prasowej "Poznaj świat dotyku i dźwięku" opublikowanej na portalu www.niepelnosprawni.pl czytamy:
 "Fundacja Szansa dla Niewidomych została założona w 1992 r. przez niewidomych informatyków i ich widzących przyjaciół, którzy dzielą się swoimi doświadczeniami i wiedzą. Pokazują, jak sobie radzić mimo braku wzroku, jak egzystować w świecie dźwięku i dotyku.
 Fundacja prowadzi 16 punktów konsultacyjnych (tzw. Tyflopunktów) usytuowanych na terenie całej Polski. Dzięki pracy zatrudnionych tam doradców - promujących idee świata otwartego dla osób niewidomych - niewidomi i słabowidzący nabywają nowych umiejętności i stają się przykładem dla innych. Rzecz w tym, by byli w pełni samodzielni i niezależni.
Fundacja promuje udźwiękowienie i ubrajlowienie otoczenia, m.in.: komputerów, urządzeń codziennego użytku, obiektów użyteczności publicznej, tras turystycznych, muzeów, wszelkich zabytków, hoteli, restauracji itd. Organizuje różnorodne szkolenia, konferencje, spotkania, realizuje projekty wspierające osoby, które straciły wzrok.
Szereg projektów Fundacji dotyczy opracowania pionierskich publikacji: w brajlu, czarnodruku i w tzw. druku transparentnym. Fundacja wydaje m.in. poradniki, przewodniki turystyczne, podręczniki do nauki matematyki, które zwiększają możliwość dostępu do wiedzy i wszelkich informacji.
Celem Fundacji jest promowanie nowoczesnej rehabilitacji oraz aktywizacja społeczna i zawodowa osób niewidomych i słabowidzących. Założyciele Fundacji pragną kroczyć śladem krajów, gdzie osoby z dysfunkcją wzroku poprzez oprzyrządowanie i nowoczesną rehabilitację nie odstają od osób widzących".
Dodam, że głównym założycielem Fundacji "Szansa dla niewidomych" był Marek Kalbarczyk i jest prezesem jej Zarządu, a "Altix" jest głównym sponsorem przedsięwzięć Fundacji. Oprócz wyżej wymienionych działalności Fundacja pomaga różnym instytucjom działającym na rzecz niewidomych, przede wszystkim ośrodkom szkolno-wychowawczym dla niewidomych i słabowidzących.
 Na szczególną uwagę zasługuje Międzynarodowa Konferencja Reha for the Blind in Poland, która organizowana jest co roku przez fundację "Szansa dla niewidomych", firmę "Altix" oraz kilka innych instytucji i stowarzyszeń. W każdym roku jest inne hasło przewodnie Konferencji. W zaproszeniu na dwunastą edycję Konferencji w 2014 r. czytamy:
 "REHA to:
- Wielkie spotkanie niewidomych i ich przyjaciół z kraju i zagranicy - w ubiegłym roku w ciągu dwóch dni gościliśmy około 2600 osób,
- Możliwość omówienia rozwiązań systemowych, prawnych i praktycznych na przełamanie impasu, w którym znajdują się niewidomi,
- Szansa na zapoznanie się z rozwiązaniami technicznymi i metodologicznymi, które mają na celu nowoczesną rehabilitację,
- Manifestacja pod hasłem: "My nie widzimy nic, a Wy - zauważacie nas?",
- Przedstawienie, jak ważne dla rehabilitacji są kultura, sport, turystyka, czytelnictwo, media...
- Popularnonaukowa sesja merytoryczna,
- Panele dyskusyjne,
- Międzynarodowa wystawa prezentująca nowoczesny sprzęt rehabilitacyjny, oprogramowanie, oferty szkoleniowe, działalność fundacji i stowarzyszeń,
- Wystawa książek dla niewidomych i niedowidzących,
- Konkurs na Idola dla wystawców, mediów, urzędów, placówek edukacyjnych i przedstawicieli środowiska,
- Koncert "Spotkanie z Mistrzem",
- Emisja filmów z audiodeskrypcją,
- Turnieje sportowe w dyscyplinach, w których wzrok nie jest nieodzowny: ping-pong, strzelectwo laserowe, brydż, szachy, reversi,
- Spotkanie z Mikołajem rozdającym prezenty,
- Bezpłatne porady okulistyczne,
- Wizaż nie tylko dla pań - panowie też chcą wyglądać!
Zapraszamy na naszą stronę
www.szansadlaniewidomych.org oraz
fanpagea facebooka www.facebook.com/szansadlaniewidomych, gdzie będą się pojawiać szczegółowe informacje dotyczące Konferencji REHA.
 W 2017 r. odbyła się piętnasta edycja Reha for the Blind in Poland. Konferencja miała uroczysty charakter, a jej program został wzbogacony o dodatkowe elementy, gdyż zorganizowana była w 25 rocznicę utworzenia Fundacji "Szansa dla niewidomych", no i była to piętnasta taka impreza.
 

Andrzej Rudek

 
Sylwetkę Andrzeja Rudka prezentuję na podstawie publikacji Moniki Cieniewskiej pt. "Lodołamacz" zamieszczonej w "Pochodni" w lipcu 2008 r. Publikacja ta zawiera interesujące informacje dotyczące działalności Andrzeja Rudka oraz idei nagrody "Lodołamacz" i składu jury, które ją przyznaje. Dlatego zamieszczam ją w całości. Czytamy:
"Lodołamacz"
 Łamie bariery, walczy z niechęcią i obojętnością społeczeństwa, kruszy panujące stereotypy. Sam jest przykładem człowieka, który mimo swojej niepełnosprawności osiągnął sukces - Andrzej Rudek otrzymał w tym roku nagrodę "Lodołamacza". Wyróżnienie przyznawane jest pracodawcom wrażliwym społecznie.
Andrzej Rudek w biznesie osiągnął wiele, zatrudnia 63 osoby, w tym 12 niepełnosprawnych. Prowadzi Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej "Rudek" Gabinet Rehabilitacji Medycznej, który w obecnym kształcie istnieje od 1996 roku i świadczy usługi w trzech placówkach na terenie Rzeszowa. Gabinety prowadzone przez Andrzeja Rudka są najlepiej wyposażonymi punktami fizykoterapii w mieście, zapewniają kompleksową rehabilitację ambulatoryjną i środowiskową (domową) oraz porady specjalistów tej branży. To między innymi za usługi medyczne w domu pacjenta kapituła konkursu "Lodołamacze" przyznała Andrzejowi Rudkowi nagrodę.
Jak sam mówi, w swoim mieście nie obawia się konkurencji:
- Mam najlepszy sprzęt i zatrudniam świetnych specjalistów. Sam jestem osobą ze znacznym stopniem niepełnosprawności ze względu na wzrok, w 1979 roku ukończyłem szkołę masażu w Krakowie.
Andrzej Rudek w swej działalności nie ogranicza się wyłącznie do zarządzania firmą, ale na równi z zatrudnianymi przez siebie pracownikami wykonuje zawód masażysty przyjmując po kilkunastu pacjentów dziennie. Andrzej Rudek z własnego doświadczenia wie, że osoby niepełnosprawne są dobrymi specjalistami i dlatego, jak sam mówi, nie obawia się ich zatrudniać.
Kariera jak z filmu
- Od zawsze wiedziałem, że chcę pracować na "swoim". Starania rozpocząłem już w 1985 roku, ale wówczas nie było mnie stać na zakup własnego lokalu, a spółdzielnie mieszkaniowe posiadały nieruchomości w stanie krytycznym, bez mediów. W takim miejscu nie było mowy, aby Sanepid wydał zgodę na prowadzenie gabinetu medycznego. Poza tym uzyskanie kredytu w owym czasie na zakup nieruchomości też nie wchodziło w grę - opowiada Rudek.
Po nieudanych próbach ze znalezieniem lokalu, w 1990 roku zdeterminowany masażysta podnajmuje pomieszczenie od Usługowej Spółdzielni Lekarskiej w Rzeszowie. Tam swoją pracę może wykonywać jedynie popołudniami. Andrzej Rudek początkowo mógł pozwolić sobie na zatrudnienie tylko trzech osób na pół etatu i dziesięciu lekarzy pracujących każdy po jednej godzinie. W 2000 roku podpisuje pierwszy kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia. Od tego momentu firma rozwija się błyskawicznie, pierwsi etatowi pracownicy, kolejne kontrakty, otwarcie drugiej i w 2007 roku trzeciej placówki. - Wszystko, co osiągam zawdzięczam pomocy mojej żony - z radością opowiada Andrzej Rudek. Anna rezygnuje ze swojej pracy, aby wspierać męża. - Teraz wspólnie prowadzimy z sukcesem firmę - dodaje.
Nagroda zobowiązuje
Andrzej Rudek otrzymał statuetkę "Lodołamacza" - nagrody przyznawanej pracodawcom wrażliwym społecznie w kategorii pracodawca - osoba niepełnosprawna. Uroczystość wręczenia wyróżnień odbyła się 27 maja 2008 roku, w przepięknej scenerii łazienek Królewskich w Warszawie.
- Dla mnie nagroda to ogromne wyróżnienie i zarazem zobowiązanie na przyszłość do jeszcze lepszego działania na rzecz aktywizacji zawodowej osób niepełnosprawnych - mówi z dumą Andrzej Rudek.
"Lodołamacze 2008" to kampania społeczna prowadzona przez Polską Organizację Pracodawców Osób Niepełnosprawnych, mająca na celu propagowanie odpowiedzialnej polityki personalnej, otwartej na potrzeby osób niepełnosprawnych. Statuetka "Lodołamacza" jest wyróżnieniem dla tych, którzy decydując się na zatrudnienie osób niepełnosprawnych, jednocześnie prowadzą wobec nich przyjazną politykę personalną, przełamują bariery, walczą z niechęcią i obojętnością społeczeństwa. Nagroda przyznawana jest firmom, przedsiębiorcom i osobom prywatnym wybitnie angażującym się w rozwiązywanie problemów osób niepełnosprawnych, tworzących nowe i coraz lepszej jakości miejsca pracy oraz dostrzegających sens i konieczność ich aktywizacji zawodowej. Konkurs, do którego w tym roku zgłoszono 343 pracodawców składa się z dwóch etapów: Regionalnego (I) i Centralnego (II).
Nagrody przyznało szacowne grono, dobrze znające problematykę osób niepełnosprawnych. W jury zasiedli: Jarosław Duda - Pełnomocnik Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych, dr Janusz Kochanowski - Rzecznik Praw Obywatelskich, Sławomir Piechota -przewodniczący Sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, Marek Plura - poseł na Sejm, Bożena Borys-Szopa - Główny Inspektor Pracy, Marek Niechciał - Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Marian Leszczyński - Prezes Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, prof. dr hab. Adam Budnikowski - Rektor Szkoły Głównej Handlowej, prof. Marek Kwiatkowski - Dyrektor Muzeum Łazienki Królewskie, Mateusz Dzieduszycki - TVP SA, Anna Dymna - aktorka, prezes fundacji "Mimo wszystko", ks. Stanisław Jurczuk - Prezes Zarządu Głównego Katolickiego Stowarzyszenia Niepełnosprawnych Archidiecezji Warszawskiej, Katarzyna Rogowiec - dwukrotna złota medalistka igrzysk paraolimpijskich w Turynie. Kapituła w uzasadnieniu napisała, iż "Andrzej Rudek jest przykładem osoby niepełnosprawnej, która wyróżniając się kreatywnością i inicjatywą, nie tylko sam jest aktywny zawodowo, ale stwarza również możliwość akty wizacji innym niepełnosprawnym".
W domowym zaciszu
Andrzej Rudek z dumą i ogromnym ciepłem opowiada o swojej rodzinie. - Mam kochaną żonę - Annę, która jest dla mnie nieocenionym wsparciem, przyjacielem i także wspólnikiem. Bez jej pomocy byłoby mi trudno - opowiada laureat. Andrzej Rudek swoją żonę poznał w Polskim Związku Niewidomych i od lat razem idą przez świat. - Mamy wspaniałe dzieci, a nawet małą wnuczkę - Zosię, która często dopytuję się: "Dziadku kiedy zabierzesz mnie na spacer?" - opowiada Andrzej Rudek. Choć z wolnym czasem jest trudno to Andrzej i Anna spędzają go wspólnie na wyjazdach za miasto i oczywiście na spacerach z wnuczką. - Angażujemy się w pracę społeczną i charytatywną, nam się powiodło, zatem chcemy pomagać i wspierać innych, mniej zaradnych, potrzebujących - dodaje.
 Monika Cieniewska"
 

Podsumowanie

 
Przedstawiłem sylwetki kilku niewidomych przedsiębiorców. Jedni z nich prowadzą małe firmy, inni zatrudniają po kilkudziesięciu pracowników, jedni pracują na rzecz środowiska osób z uszkodzonym wzrokiem, inni na otwartym rynku. Myślę, że jest pewna różnica między działalnością na otwartym rynku a w środowisku. Z pewnością Janusz Witkun, Jerzy Ogonowski, Ryszard Cebula i Andrzej Rudek nie korzystają z żadnej taryfy ulgowej. Jeżeli osiągali liczące się sukcesy, musieli sprostać konkurencji osób widzących działających w podobnych firmach.
Działalność gospodarcza na własny rachunek jest kolejną dziedziną, w której swą obecność zaznaczają niewidomi i ociemniali. Myślę, że poznawanie dróg życiowych i działalności osób z uszkodzonym wzrokiem budzi wiarę w siły żywotne człowieka i może być podstawą nadziei osób tracących wzrok, ich rodzin oraz wielu osób z uszkodzonym wzrokiem.

Skryba