Logo 1%

Logo OPP


Logo 1%
Dołącz do nas na Facebooku

 

Zaduma nad okruchami historii (cz. 20)

Pamięć środowiskowa i instytucjonalna

Stanisław Kotowski

Na portalu www.niepelnosprawni z 2014-06-04 znalazłem rozmowę Mateusza Różańskiego z Waldemarem Rogowskim, pomysłodawcą i jednym z założycieli grupy "Niewidomi na Tandemach" zatytułowaną "Tandem to wolność".
Jest to interesująca rozmowa z osobą niewidomą, o jej pasji, pomyśle i realizacji tego pomysłu. Pan Waldemar Rogowski nie czekał, aż ktoś zorganizuje coś interesującego i go zaprosi, on łaskawie weźmie w tym udział, a następnie będzie mógł oceniać i krytykować. Nie, pan Waldemar nie czekał, tylko poszukał innych zapaleńców i wspólnie powołali grupę "Niewidomi na Tandemach".
Przytaczam fragment rozmowy, który wyjaśnia, jak pan Waldemar Rogowski zrealizował swoją pasję, i który zainspirował moje rozważania. Zastanowiłem się nad naszą wiedzą i pamięcią środowiskową oraz instytucjonalną. Uznałem, że jest ona niewystarczająca. Czytamy zapowiedziany fragment rozmowy:
"A jak stał się Pan popularyzatorem sportu tandemowego?
Kilka lat po tym, gdy zacząłem jeździć na tandemie, odwiedziła mnie koleżanka i zaproponowała, byśmy wspólnie wybrali się w dłuższą trasę. Wtedy na jednym z forów środowiskowych zamieściłem pytanie, czy takim wyjazdem nie byłyby zainteresowane inne osoby. Ta koncepcja formowała się przez jakiś czas. Potem pojawił się pomysł rajdu wzdłuż Wisły. Spotkało się to ze sporym entuzjazmem ze strony środowiska - aż dwadzieścia siedem osób niewidomych chciało wziąć udział w naszym przedsięwzięciu. Pojawił się jednak problem: brak widzących pilotów. No i pytanie: skąd ich wziąć?
Czy wtedy pojawił się pomysł stworzenia grupy "Niewidomi na Tandemach"?
Właśnie podczas zorganizowanego przeze mnie rajdu od źródeł Wisły do jej ujścia (był to pierwszy w historii Polski rajd rowerowy organizowany przez osobę niewidomą), który odbył się w czerwcu 2013 roku, doszliśmy do wniosku, że to świetna sprawa, ale co dalej? Wśród rajdowiczów były osoby z całej Polski i nikomu nie chciało się przez wiele miesięcy czekać na następny rajd czy wyprawę, by móc jeździć na tandemach.
Po tygodniu jazdy właśnie wpadł nam do głowy pomysł stworzenia bazy tandemistów - zarówno osób niewidomych, jak i widzących pilotów. Pierwotnie baza miała funkcjonować przy piśmie "Rowertour"; potem doszliśmy do wniosku, że potrzebujemy samodzielnej bazy. Po powrocie do domu zaczęliśmy pisać do mediów związanych z turystyką rowerową, a także rozpowszechniać pomysł w środowisku osób niewidomych. Idea przedsięwzięcia była taka, by nie musieć czekać na rajdy czy inne tego typu wydarzenia, tylko skontaktować się z osobą widzącą, która mieszka w naszej okolicy, i umówić się na przejażdżkę, kiedy tylko mamy na to ochotę.

Trzeba przyznać, że jest to cenna inicjatywa, a jej realizacja godna naśladowania. Nie chodzi mi o pomniejszanie zaangażowania ani sukcesów pana Waldemara Rogowskiego. Jego działalność jest ważna i z pewnością przyniosła wielu osobom zadowolenie, może nawet radość życia. Z pewnością takie inicjatywy i działania przyczyniają się do przezwyciężania skutków niepełnosprawności. Muszę jednak sprostować twierdzenie:
"Właśnie podczas zorganizowanego przeze mnie rajdu od źródeł Wisły do jej ujścia (był to pierwszy w historii Polski rajd rowerowy organizowany przez osobę niewidomą), który odbył się w czerwcu 2013..." roku.
Otóż pan Waldemar Rogowski nie jest pierwszym niewidomym organizatorem rajdów na tandemach osób niewidomych.
Historia kolarstwa niewidomych w Polsce sięga 1955 r., a może jeszcze wcześniejszej daty. Trudno mi to ustalić, ale ten 1955 r. jest pewny.
W "Pochodni" (Lipiec 1955) w artykule "Zawody międzyszkolne i międzynarodowe oraz rajd kolarski" podpisanym K.K. czytamy m.in.:
"W dniach od 17 do 22 lipca bieżącego roku drużyna PZN wzięła po raz pierwszy udział w Zlocie Gwiaździstym Kolarzy, zorganizowanym przez Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze i Towarzystwo Przyjaźni Polsko- Radzieckiej z okazji otwarcia Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Kolarze PZN uczestniczyli w zlocie na tandemach - dwuosobowych rowerach. Trasa rajdu przebiegała z Warszawy przez Pułtusk, Wielbork do Szczytna, a dalej przez Rozogi, Myszyniec i Ostrołękę do Warszawy. Długość trasy to ogółem trzysta osiemdziesiąt cztery kilometry.
Rajd, który był dla nas również próbą przydatności tandemów jako nowej dyscypliny sportu oraz próbą zastosowania tandemu jako środka komunikacyjnego dla niewidomych w codziennym życiu, wykazał ogromne walory tandemów. Trzeba podkreślić, że na tandemach mogą jeździć niewidomi, którzy nie mieli nic wspólnego z jazdą na rowerze, że na tandemie można sprawnie jeździć bez specjalnego uczenia się, jedynie po wysłuchaniu kilku wskazówek osoby widzącej, prowadzącej tandem. Rajd zakończył się bez żadnych wypadków i zachorowań".

Powyższa informacja dotyczy kolarstwa niewidomych, a Waldemar Rogowski pisał o niewidomym organizatorze rajdu. Jednak występuje już drużyna niewidomych, chociaż niewiadomo, kto był jej organizatorem. Być może była to osoba niewidoma, być może widząca. Szukajmy więc kolejnych informacji na ten temat.
W "Pochodni" z czerwca 2003 r. czytamy:
"Drugą wielką pasją Szczucińskiego stała się turystyka i rekreacja. W 1977 r. wymyślił RIN - Rajd Inwalidów Niewidomych. Gdy pierwszy raz wyprowadził swoje "owieczki" w góry, otoczenie stukało się znacząco w głowy uważając, że pozabija ludzi. Kiedy wsadzał swoich nietypowych turystów na tandemowe rowery czy organizował spływy kajakowe, nikt już się nie dziwił. Rowerowy obóz wędrowny z Pól Grunwaldu do Bielska-Białej w 1979 r. był wydarzeniem bez precedensu. Kiedy 22 lata później przejechał wraz ze swoją czeredą na rowerach z Kołobrzegu do Bielska, było to czymś normalnym".
Nie mogę z całą pewnością powiedzieć, że Antoni Szczuciński - osoba niewidoma z Bielska-Białej - był pierwszym organizatorem takich rajdów. Być może już wcześniej ktoś podejmował taką działalność. Z pewnością jednak Waldemar Rogowski pierwszy nie jest.
Raz jeszcze podkreślam, że doceniam działalność Waldemara Rogowskiego, ale muszę być w zgodzie z prawdą historyczną. Prostuję tę informację i dlatego, że zbyt często w naszym środowisku zapominamy o tym, co już było i usiłujemy zaczynać wszystko od początku. Podobnym zdarzeniem, tyle że o znacznie większym ciężarze gatunkowym, było zapomnienie Zarządu Głównego PZN o wcześniej ustanowionej Nagrodzie kpt. Jana Silhana i ustanowienie nagrody Włodzimierza Kopydłowskiego. Pisałem o tym w artykule 18 zatytułowanym "Dwie nagrody".
Różne przekłamania i lekceważenie wcześniejszego dorobku znajdujemy również w oficjalnych dokumentach PZN-u. Jako przykład przytaczam mały fragment ze sprawozdania z działalności PZN w latach 2004-2008 czytamy:
"Po raz pierwszy w historii Związku udało się zabezpieczyć funkcjonowanie Biblioteki Centralnej PZN na 5 lat poprzez specjalnie utworzony program rządowy".
Jedno zdanie i jedna nieprawda.
Od czasu powstania Biblioteki Centralnej w 1952 r. do 1993 r. jej działalność finansowało Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej i nie było z tym żadnych problemów. W każdym roku można było tylko zastanawiać się, o ile wzrośnie budżet Związku, w tym Biblioteki. Chyba nigdy nie było tak, że w kolejnym roku był mniejszy budżet niż w roku poprzednim. Ministerstwo sfinansowało nawet budowę gmachu BC. Jak widzimy, w historii tej aż przez 42 lata Biblioteka miała zapewnione stałe finansowanie i środki na inwestycje.
Czy cytowana nieprawda wynikała z braku wiedzy, czy z celowego zakłamywania historii? Na pytanie to mogłyby odpowiedzieć tylko osoby sporządzające i zatwierdzające sprawozdanie. Jedno pewne, w cytowanym fragmencie oraz w niektórych innych, nie ma mowy ani o chęci zachowania pamięci środowiskowej, ani podtrzymywania tradycji.
Każde środowisko osób, których coś łączy, powinno pielęgnować swoje tradycje, znać i doceniać osiągnięcia. Powinno również przypominać osoby zasłużone dla tego środowiska oraz te, których działalność okazała się wyjątkowo szkodliwa.
Nas łączy utrata lub osłabienie wzroku. Środowisko osób z uszkodzonym wzrokiem ma bogate doświadczenia w działalności na rzecz niewidomych i słabowidzących. Wśród niewidomych i słabowidzących było i jest wiele osób, które wniosły liczący się wkład w rozwój polskiej nauki, kultury, literatury, muzyki, gospodarki, sportu, turystyki, polityki, budowy instytucji i stowarzyszeń. Są też osoby zasłużone w walce o wolność Polski i o demokrację w naszym kraju. Jednak znajomość ich osiągnięć jest w naszym środowisku znikoma. Ilustracją tego twierdzenia jest cytowana wypowiedź Waldemara Rogowskiego.
Wypowiedź ta nie zasługiwałaby na naszą uwagę, gdyby była epizodem, a nie regułą. Jak wspomniałem wyżej, nawet Zarząd Główny PZN-u nie pamiętał o wcześniej ustanowionej nagrodzie im. kpt. Jana Silhana i ustanowił nową nagrodę im. Włodzimierza Kopydłowskiego, nie likwidując tej pierwszej, ale zaprzestając jej przyznawania. Po prostu nagroda kpt. Jana Silhana zapadła się w nicość.

Jak już wspomniałem zorganizowane środowiska czy grupy społeczne, które istnieją przez wiele lat pielęgnują swoje tradycje, czyli podtrzymują i utrwalają pamięć środowiskową albo grupową.
Wielką grupą społeczną jest naród. Historia każdego narodu, jego tradycje, pamięć społeczna, ma wielkie znaczenie dla jego trwania, pokonywania trudności, walki o niepodległość, dla wychowania kolejnych pokoleń. Dlatego organizowane są różne patriotyczne uroczystości, obchody, rekonstrukcje wydarzeń historycznych, a dzieci i młodzież uczą się historii w szkołach. Postawy patriotyczne, pamięć narodową i tradycje kształtują też dzieła literackie, film, teatr, muzyka i szeroko pomyślana kultura.
Wielkimi grupami społecznymi są religie. One również mają swoje historie, swoje tradycje, doświadczenia i pamięć zbiorową.
Podobnie postępują partie polityczne i organizacje społeczne. Zwróćmy tylko uwagę na fakt, jak często politycy PSL podkreślają ponad studwudziestoletnią tradycję swojej partii, jacy są dumni z jednego z ojców odzyskania przez Polskę niepodległości, premiera rządu RP w okresie wojny z bolszewikami Wincentego Witosa.
Osoby z uszkodzonym wzrokiem stanowią również grupę społeczną albo środowisko społeczne. Nie wnikając w szczegóły funkcjonowania grup społecznych można powiedzieć, że grupę społeczną zawsze musi coś łączyć, musi być coś wspólnego, ważnego dla większości tej grupy. Naród łączy historia, kultura, obyczaje, najczęściej język, teren, na którym żyje. Grupę religijną łączy wiara w Boga lub bogów, wspólne obrządki religijne, tradycja. Partię polityczną łączy idea, poglądy i program działania, wspólne cele.
Po tym ogólnym wstępie można się zastanowić, czy niewidomi i słabowidzący stanowią grupę społeczną i co ich łączy? I chyba niewiele jest tego, co spaja tę grupę, no może tylko niepełnosprawność.
Sam fakt rozróżniania niewidomych i słabowidzących jednak świadczy o tym, że niepełnosprawność nie jest klarownym czynnikiem łączącym. Osoby z uszkodzonym wzrokiem różnią się między sobą pod wszystkimi możliwymi względami. Chyba nie ma nic, co mogłoby być spoiwem, poza uszkodzonym wzrokiem, trudnościami z tego wynikającymi i odmiennymi technikami wykonywania różnych czynności. Ale przecież i pod względem uszkodzenia wzroku niewidomi i słabowidzący różnią się zasadniczo.
Osoby słabowidzące funkcjonują w sposób zbliżony do funkcjonowania ludzi widzących i w odmienny od całkowicie niewidomych. Można przyjąć, że uszkodzenie wzroku raczej dzieli członków tej grupy, niż ich łączy.
Czynnikiem łączącym jest prawo, które traktuje niemal jednakowo osoby słabowidzące i niewidome. Osoby te często, chociaż nie zawsze, należą do tych samych stowarzyszeń. To mogłoby również ich łączyć, ale w praktyce raczej dzieli.
Każdy człowiek należy do wielu różnych grup - do rodziny, narodu, grona towarzyskiego, jakiegoś stowarzyszenia, czasami do partii politycznej, kółka zainteresowań. Niewidomi i słabowidzący należą również do różnych grup. Źle jest, jeżeli nie należą do żadnej grupy, albo należą do niewielu grup. W takim przypadku człowiek jest samotny i nie czuje się z tym dobrze.
Zauważyć należy, że przynależność do grup społecznych jest często dobrowolna. Natomiast nikt, albo prawie nikt, nie chce być niewidomym ani słabowidzącym. Niemal każdy, gdyby tylko mógł, zrzekłby się członkostwa w grupie osób niepełnosprawnych. Niestety, najczęściej nie jest to możliwe, a przynajmniej nie zależy od osób niewidomych ani od słabowidzących. Jeżeli ktoś tylko chce, z większymi lub mniejszymi trudnościami, może zrzec się obywatelstwa swego kraju i przyjąć inne, może wystąpić ze wspólnoty religijnej i wstąpić do innej albo pozostać poza takimi wspólnotami. Każdy, kto chce może wystąpić ze stowarzyszenia, do którego należy, z partii politycznej, a nawet ze wspólnoty rodzinnej. Niewidomi jednak nie mogą przestać być niewidomymi, a jeżeli nawet im się to uda, będzie to dzięki staraniom lekarzy okulistów, a nie ich decyzji. Przynależność osób z uszkodzonym wzrokiem do odrębnej grupy społecznej jest koniecznością, a nie wyborem.
Ze względu na charakter niepełnosprawności, osoby z uszkodzonym wzrokiem są postrzegane przez otoczenie jako odrębna grupa. To jednak raczej nie jest czynnikiem korzystnym ani spajającym.
Przy dokładniejszym zastanowieniu się nad tą grupą społeczną, o niewidomych można mówić jako o grupie mniejszościowej, gdyż występują tu znaczne podobieństwa.
Rozpatrując społeczne funkcjonowanie osób z uszkodzonym wzrokiem jako grupy mniejszościowej, znaleźć można wiele podobieństw. Dotyczą one głównie całkowicie niewidomych. Osoby słabowidzące mniej wyróżniają się, są mniej zauważalne. Łatwiej jest im wtopić się w tło społeczne i identyfikować się z ludźmi widzącymi.
Sytuacja osób słabowidzących podobna jest do imigrantów z sąsiedniego kraju, w którym żyją ludzie o podobnych cechach fizycznych. Imigrant taki nie jest zauważany na ulicy. Zdradza go tylko sposób mówienia, akcent i inne drobiazgi.
Całkowicie niewidomy natomiast podobny jest do imigranta odmiennej rasy. Jest on doskonale widoczny. Nie może zmienić swoich cech fizycznych, koloru skóry i nie może udawać tubylca.
Ludzie często postrzegają mniejszości etniczne i rasowe jako grupy odrębne, charakteryzujące się odmiennymi cechami. W zależności od nastawienia, skłonni są przypisywać im cechy pozytywne lub negatywne, częściej te drugie. Zauważają niewłaściwe zachowania u niektórych przedstawicieli danej grupy mniejszościowej i przypisują je całej grupie.
Grupy mniejszościowe z kolei mają tendencję do izolowania się, kultywowania swojej tradycji, zawierania małżeństw w obrębie grupy. Utrudnia to ich integrację ze społeczeństwem, w którym żyją. Podobne cechy i tendencje zauważyć można u niewidomych. Posiadają oni własne przedszkola, szkoły, zakłady pracy, duszpasterstwo, stowarzyszenia, organizacje sportowe, instytucje kultury, wydawnictwa, prasę. Wymienione czynniki utrudniają integrację, chociaż również ją ułatwiają. Zależy to od tego, jak poszczególne osoby potrafią wykorzystywać tę specjalną infrastrukturę.
Tak więc niewątpliwie są tu istotne podobieństwa, ale są też różnice. Niewidomi, a zwłaszcza ociemniali, w przeciwieństwie do etnicznych czy rasowych grup mniejszościowych, nie odczuwają tak silnej więzi wewnątrzgrupowej. Mimo to są oni jak imigranci w pierwszym pokoleniu. Ociemniali żyją sprawami "starego kraju", czyli ludzi widzących, którymi już nie są. Ich rodzice, rodzeństwo, członkowie dalszej rodziny i znajomi są osobami widzącymi. Zwykle nie mają "przodków", z dokonań których mogliby być dumni. Najczęściej nie znają wybitnych niewidomych, nic albo niewiele o nich wiedzą i nie chcą wiedzieć. Nie są oni im bliscy kulturowo, rasowo, etnicznie. Nie chlubią się więc nimi i przez to nie podnoszą poczucia własnej wartości. Nie ma tu czegoś takiego, jak wielka duma Polaków ze św. Jana Pawła II czy mieszkańców Wisły z Adama Małysza albo mieszkańców Zęba z Kamila Stocha i kibiców piłki nożnej z Roberta Lewandowskiego.
Polak za granicą najczęściej wie, kim byli Bolesław Chrobry, Bolesław Krzywousty, Kazimierz Wielki, Tadeusz Kościuszko, Józef Piłsudski, i Lech Wałęsa. Wie kim był Henryk Sienkiewicz, Mikołaj Kopernik i Fryderyk Chopin. A niewidomi...!
Większość niewidomych, a nowo ociemniali niemal wszyscy nic nie wiedzą o dokonaniach Stanisława Bukowieckiego, Jerzego Szczygła, Andrzeja Bartyńskiego, Edwina Kowalika, Mieczysława Kosza, Januarego Kołodziejczyka, Karola Szajnochy i wielu innych wybitnych niewidomych.
Emigrant żyjący w obcym kraju wspomina swoje korzenie, rodzinne strony, kulturę i tradycję. To samo czyni ociemniały, ale Polak na końcu świata może czuć się Polakiem, a ociemniały...?
Emigrant w nowym kraju najczęściej znajduje coś lepszego niż pozostawił w starym - lepsze ekonomiczne warunki życia, bezpieczeństwo, wolność. Ociemniały w nowym życiu nie znajduje nic dobrego w porównaniu z tym poprzednim, z życiem ludzi widzących.
Oczywiście, od każdej zasady są jakieś wyjątki, każde uogólnienie pozostawia margines, który nie mieści się w jego ramach. Tak jest i w tym przypadku. Trafiają się niewidomi, którzy potrafią się integrować, a jednocześnie odczuwać dumę z osiągnięć Andrea Bocelliego czy sukcesów sportowców z uszkodzonym wzrokiem na paraolimpiadach. Jednak stanowią oni mniejszość.
Niezależnie od tego, co różni społeczną grupę niewidomych od pozostałych grup, świadomość i pamięć środowiskowa mogłyby stanowić spoiwo osób z uszkodzonym wzrokiem, ale jak pisałem wyżej, jest ona znikoma.
Częściej niewidomi i słabowidzący odczuwają więź z ośrodkiem szkolno-wychowawczym, w którym ukończyli szkołę, z zakładem pracy niewidomych np. spółdzielnią, ze stowarzyszeniem niż z osobami z uszkodzonym wzrokiem jako oddzielną grupą społeczną. Pamięć środowiskowa jest bardzo zróżnicowana, znajomość środowiskowego dorobku i osiągnięć bardzo słaba i trudno ją wzmacniać, gdyż brak tu atrakcyjnych narzędzi do tego celu i brak zainteresowania nawet aktualną problematyką środowiskową, a co dopiero tą historyczną. Ponadto środowisko to jest rozproszone, co utrudnia wytwarzanie i podtrzymywanie więzi grupowych, a tym samym pielęgnowanie tradycji i podtrzymywanie środowiskowej pamięci.
Łatwiej jest o pamięć instytucjonalną, która ma również wielkie znaczenie. Taka pamięć jest podtrzymywana w wielu instytucjach działających na rzecz niewidomych, jak ośrodki szkolno-wychowawcze, dawniej spółdzielnie niewidomych czy duszpasterstwo niewidomych. Chyba ze stowarzyszeń najlepiej radzi sobie z instytucjonalną tradycją i pamięcią Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi. Jednak w największym i wciąż jeszcze najważniejszym stowarzyszeniu niewidomych i słabowidzących - w Polskim Związku Niewidomych, nie jest z tym dobrze. Zdarza się, że nowo wybrany Zarząd Główny i jego Prezydium, zrywają częściowo z przeszłością, a władze wybrane w 2004 r. zerwały z nią niemal całkowicie.
Przez ładnych kilka lat byłem członkiem kolegium redakcyjnego "Pochodni". Na tej podstawie, z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że kontynuacja, tradycja i pamięć instytucjonalna, są niezmiernie ważne w pracy każdej instytucji, w każdej organizacji rządowej i pozarządowej.
W kolegium, o którym wspomniałem, pamięć tę podtrzymywali głównie redaktor Józef Szczurek i mecenas Władysław Gołąb. Często zdarzało się, że prostowali oni informacje różnych autorów. Cóż, skończyło się i obecnie w kolegium "Pochodni" nie ma członków, którzy chociaż w przybliżeniu dorównywaliby Józefowi Szczurkowi lub Władysławowi Gołąbowi. No i "Pochodnia" straciła na znaczeniu i na jakości. A dawniej z miesięcznika tego korzystali, nie tylko niewidomi, słabowidzący, członkowie ich rodzin i pracownicy zatrudnieni w naszym środowisku, ale również magistranci i doktoranci przygotowujący prace tyflologiczne.
Drugim przykładem, którym się posłużę, jest Prezydium Zarządu Głównego. Jest to ważny organ. Od pracy Prezydium praktycznie zależy najwięcej, mimo że statutowo to Zarząd jako całość jest ważniejszy.
Otóż przez 50 lat aż do 2004 r. w obradach Prezydium ZG brali udział wszyscy kierownicy działów w biurze ZG PZN. Oczywiście nie był to udział z głosem decydującym. Taki głos mieli i mają tylko członkowie Prezydium ZG. Mimo to rola kierowników działów była bardzo ważna. Byli oni, i pewnie są, najlepiej zorientowani w sprawach, za które odpowiadają. Członkowie Prezydium mogli uzyskać ścisłe informacje na każdy temat, który był przedmiotem obrad. Piszę w czasie przeszłym, ponieważ w marcu 2004 r. zostali wybrani członkowie Prezydium ZG PZN, którzy uznali, że wszystko wiedzą, wszystko znają, wszystko rozumieją i nie jest im potrzebne doświadczenie i wiedza kierowników działów.
Członkowie Prezydium ZG PZN, jak w każdym stowarzyszeniu, zmieniają się co kilka lat. Czasami zmieniają się poszczególni członkowie, a czasami niemal wszyscy jednocześnie. Etatowi pracownicy natomiast nie zmieniają się tak często, często pracują w ZG PZN dziesiątki lat a nawet od matury do emerytury. Przykładem może tu być Elżbieta Oleksiak, która zaczynała od najniższego stanowiska służbowego, następnie pracowała na stanowiskach kierowniczych i ma wielkie osiągnięcia w praktycznej, organizacyjnej i teoretycznej pracy. Ten dorobek został doceniony m.in. przez powierzenie jej społecznej funkcji sekretarza generalnego. Podobnie powiedzieć można o Wiesławie Kowalskiej.
Nie jest moim zadaniem wystawianie laurek komukolwiek. Piszę o Elżbiecie Oleksiak dlatego, że jest ona bardzo dobrze przygotowana do pracy z niewidomymi i jest również depozytariuszem pamięci instytucjonalnej. Bogatym źródłem takiej pamięci jest również Wiesława Kowalska. Oczywiście podobnie można powiedzieć o kilku innych osobach, które krócej pracują i ich praca ma inny charakter, ale bardzo dużo wiedzą, bardzo dużo rozumieją i bardzo dużo pamiętają. Dodam, że obecnie obie wyżej wymienione panie są już na emeryturze i coraz mniej będzie można korzystać z ich wiedzy oraz pamięci.
Jeżeli władze Związku nie chcą korzystać z doświadczeń, wiedzy i pamięci wieloletnich dobrych i bardzo dobrych pracowników, ich decyzje są częściej błędne, częściej czegoś nie uwzględniają, częściej coś pomijają, o czymś nie wiedzą, a nawet nie rozumieją.
Przejawem zrywania tradycji i pamięci środowiskowej jest również niekiedy niechęć do byłych działaczy. Nie mówię tu o tych działaczach, którzy ślepo popierali obłędną działalność gospodarczą, lecz o tych, którzy mieli liczące się osiągnięcia i nie zostali wybrani do nowych władz koła, okręgu czy do centralnych. W ten sposób marnuje się doświadczenie i wiedzę niektórych osób i powoduje ich rozgoryczenie, rozżalenie, utratę wiary w siebie i w stowarzyszenie, w którym działali.
Zofia Krzemkowska w Nr 3(46)/09"Biuletynu Informacyjnego Trakt" artykuł pt.: "Człowiek z charyzmą" - wspomnienie o Mieczysławie Misztalu. Czytamy fragment tej publikacji:
"Narody, które tracą pamięć, umierają". I dalej:
"Istniała w przeszłości dobra tradycja, że "Pochodnia" zamieszczała wspomnienia o nieżyjących, zasłużonych działaczach PZN. Obecny zespół redakcyjny "Pochodni" odstąpił chyba od tego. Wspomnienie o Mieczysławie Misztalu przesłane do "Pochodni" przez byłego redaktora "Mówionej Gazety Województwa Pomorskiego", Włodzimierza Leśniaka, nie zostało zamieszczone. Szkoda!".
Podtrzymywanie tradycji i pamięci środowiskowej wymaga historycznej wiedzy dotyczącej dawnych działaczy, ich osiągnięć i warunków, w których działali oraz wiedzy o dawnych wydarzeniach i zdolności do porównań z czasami współczesnymi. Niestety, nie wystarczy tu tylko publicystyka, gdyż artykuły historyczne są mało interesujące dla wielu niewidomych i słabowidzących. Przydałaby się beletrystyka o tej tematyce i inne, współczesne formy przekazu. W zakresie publicystyki mieliśmy kilka osób piszących do naszej prasy, chociażby wspomniana nieco wyżej Zofia Krzemkowska oraz również już wspomniani Józef Szczurek i Władysław Gołąb. Nie podejmuję się wymienić wszystkich piszących teksty z przesłaniem historycznym. Mógłbym pominąć znaczących publicystów, dlatego ograniczam się do podania jako przykład tych trzech nazwisk.
Dodam, że ja poświęcam problematyce historycznej dużo uwagi. Takie teksty zamieszczałem w czasopismach, które redagowałem i sam je pisałem. W "Wiedzy i Myśli" np. był stały dział "Wspominamy ludzi i wydarzenia". Napisałem i opublikowałem na portalu www.klucz.org.pl cykl czterdziestudziewięciu obszernych artykułów "Z laską przez tysiąclecia". Teraz piszę kolejny cykl pt. "Zaduma nad okruchami historii". Ten artykuł jest już dwudziesty z tego cyklu.

Cyceron napisał: "Historia jest świadkiem czasów, światłem prawdy, życiem pamięci, nauczycielką życia".
I ten sam filozof rzymski: "Historia jest nauczycielką życia, zbiorową mądrością narodu".
Janusz Korczak radził: "Ludzkość składa się z narodów, a narody z ludzi. Poznaj więc historię człowieka, poznaj siebie".
Tak, historia narodu, historia Kościoła, historia instytucji i historia stowarzyszenia albo środowiska jest bardzo ważna i wiele może nauczyć wszakże pod warunkiem, że będzie znana i przemyślana a wnioski wykorzystywane we współczesności. Jak już pisałem, pod tym względem, nie jest dobrze w naszym środowisku.
Rozważania te kończę cytatem z artykułu Anny Wietechy "Podróż w historię środowiska niewidomych w Polsce" zamieszczonym w "Biuletynie Informacyjnym Trakt" w marcu 2009 r.
Publikacja poświęcona jest książce "Widzący niewidomym" pod redakcją Józefa Szczurka, wydanej przez Fundację Polskich Niewidomych i Słabowidzących "Trakt". Czytamy fragmenty tej publikacji:
"W roku 2009 Fundacja Polskich Niewidomych i Słabowidzących "Trakt" zainicjowała i z powodzeniem zrealizowała interesujące przedsięwzięcie wydawnicze. Jest ono o tyle ciekawe, że tego rodzaju publikacji, które dotyczą zbiorowej pamięci środowiska niewidomych, jest naprawdę niewiele.
Wokół pomysłu wydania książki pt. "Widzący niewidomym" - bezinteresowni, zaangażowani, oddani - zarząd fundacji zgromadził autorów kompetentnych i znanych w środowisku. Znaleźli się wśród nich: Władysław Gołąb, Tadeusz Majewski, Józef Mendruń, Józef Szczurek i Grażyna Wojtkiewicz.
Podjęty przez nich wysiłek scalania okruchów pamięci jest unikatowy, ponieważ czasu, który pozostał na spisywanie ludzkich historii, jest coraz mniej. Ci, którzy pamiętali dawnych dyrektorów i współpracowników tworzących zręby powojennej historii ruchu niewidomych, sami w większości odeszli w cień, zabierając ze sobą utrwalone w pamięci obrazy. Niewielu pozostało działaczy środowiskowych gotowych dać żywe świadectwo wydarzeń ostatnich kilkudziesięciu lat i opowiedzieć o ich bohaterach".
I dalej:
"Czy warto w ogóle zajmować się historią niewidomych, poświęcać jej tyle uwagi? Teraźniejszość stawia przed niewidomymi zupełnie inne problemy do rozwiązania od tych, z jakimi musieli sobie radzić dawniej. Jeśli jednak poszukujemy wskazówek, jak mądrze postępować, jeśli pragniemy odwołać się do tego, co mimo upływu czasu pozostaje niezmienną wartością, wtedy historia staje się nieocenionym sprzymierzeńcem. Pomaga oddzielić sprawy ważne od mniej istotnych a przy tym pokazuje sylwetki ludzi, którzy - dzięki swojej pożytecznej działalności - zasługują na naszą pamięć".
Zachęcam Czytelników do zainteresowania się historią ruchu niewidomych w skali polskiej, europejskiej i światowej. Naprawdę można dużo dowiedzieć się o warunkach życia w przeszłości, o pokonywaniu przeszkód, niewiedzy, mitów, stereotypów i różnego rodzaju ograniczeń. Niewidomi w przeszłości żyli i działali wręcz w makabrycznych warunkach, że aż trudno je sobie wyobrazić, ale to, co osiągnęli, napawa wiarą w człowieka i nadzieją w lepszą przyszłość. Natomiast wielkie pomyłki w rodzaju działalności gospodarczej PZN-u w ostatniej dekadzie XX stulecia niechaj będą dla nas przestrogą.
Nasza historia składa się z wydarzeń wielkich, znaczących i drobnych, z dokonań wielkich działaczy i wysiłków działaczy skromnych, działaczy kół i okręgów, pracowników różnych instytucji, stowarzyszeń i fundacji działających na rzecz niewidomych i słabowidzących. Z pewnością osiągnięciom błogosławionej Róży Czackiej trudno jest dorównać, ale jest ona przykładem hartu ducha, dążenia do poprawy losu wielu poszkodowanych osób, edukacji dzieci niewidomych, rozwoju życia duchowego osób z uszkodzonym wzrokiem. Trudno jej dorównać, ale dobrze jest znać jej dokonania. Znacznie łatwiej dorównać przewodniczącemu koła PZN w Iksowie, którego działalność wpływała, nie na los setek i tysięcy niewidomych, ale na los dziesiątek, może nawet tylko kilku osób, ale była to ważna działalność. Bez takich działaczy trudno byłoby realizować również tak wielkie dzieła, jakie podejmowała i rozwijała błogosławiona Róża Czacka, znana również jako matka Elżbieta. Dlatego historia każdego stowarzyszenia, każdej fundacji, każdej instytucji oraz każdego ogniwa wielkiej organizacji może nas czegoś nauczyć, może być powodem dumy i sposobem na unikanie błędów.